niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział IV

Witajcie kochani! Moje życie pękło, całe szczęście, że rozdział miałam gotowy, bo gdybym napisała go później, wszyscy by umarli i koniec opowiadania. Mianowicie w Wielką Sobotę znaleźliśmy mojego kotka nieżywego przy drodze :( Do ego dochodzi jeszcze niepewność, bo moja praca konkursowa została wysłana po terminie i nie wiem czy doszła, a to już kolejny etap konkursu i byłoby źle, gdyby nie doszła na czas. Poza tym na długo straciłam wenę. Miałam ochotę napisać jakąś historię na Wattpadzie, ale nałożyła się śmierć kotka i tak jakoś... :C Ponadto Lokirka zamknęła lilybird-everdeen.blogspot.com. Jestem załamana, bo kochałam to opowiadanie, a do końca zostało zaledwie 8 rozdziałów. Teraz ten blog jest otwarty dla zaproszonych czytelników czyli nie dla mnie i jest pod innym |wulgarnym| adresem :((
Nie będę go tu pisać, bo mam jeszcze trochę kultury osobistej. Loks, nie wiem co się t tobą stało, dlaczego zamknęłaś bloga i postanowiłaś nie publikować rozdziałów, ale jeśli to czytasz, to błagam, przywróć Lilybird, a jeśli nie to przynajmniej zaproś mnie do czytania :((
~ Prim


Po udanym wywiadzie wracamy do pokoi. W przeciwieństwie do Mikey’a zjadam obfitą kolację i kładę się spać. Mój towarzysz z dystryktu sprawia wrażenie, jakby spodziewał się, że jutro na arenie podadzą mu posiłek królów. Macham obojętnie ręką i wracam do pokoju. Muszę się wyspać przed igrzyskami.
Następnego dnia przylatują poduszkowce. Razem z Gerwazym wsiadam do jednego. Kiedy wchodzimy na drabinę, impuls magnetyczny przytwierdza nas do niej, a ktoś ciągnie nas w górę. Lecimy kilkanaście minut. Gerwazy radzi mi, żebym była spokojna i zrobiła, co należy. Przed wyjazdem pożegnałam się z Zoey i Mikey’em, który nadal myśli, że wygra. Cóż, jak to mawiali moi rodzice, na nadziei jest zbudowane całe nasze życie. Okna nagle się zaciemniają i lądujemy w podziemiach. Wysiadam i Gerwazy przygotowuje mnie do wyjścia. Trafiamy do czegoś w rodzaju komory i zastajemy tam strój. Na szczęście to nie kożuch, więc wykluczam lodowe pustkowie. Nie jest to też bikini ani krótkie spodenki i top na ramiączkach, więc pustynia odpada. W zestaw wchodzą długie, wygodne spodnie, bluzka z krótkim rękawem i miękkie, skórzane trampki ponad kostki w kolorze czarnym. Gerwazy pomaga mi się ubrać. Przytulam go na pożegnanie. To się działo tak szybko, jeszcze niedawno mieszkałam w Trzynastym Dystrykcie. Trudno, muszę się dostosować. Metaliczny głos każe mi ustawić się na okręgu w centrum komory. Robię to. Szklany cylinder otacza mnie od spodu. Macham na pożegnanie Gerwazemu, podnoszę dumnie głowę, poprawiam warkocz, który Gerwazy uplótł mi nie wiem kiedy i wyjeżdżam na powierzchnię.
Nie zdążam się przyjrzeć arenie, kiedy trybut z Szóstki, ten, co zdobył jedenaście punktów, wybucha z donośnym hukiem. Reszta stoi zdezorientowana. To mój czas, rozglądam się szybko. Jesteśmy na polanie, wokół jest las mieszany. Jakieś trzydzieści metrów ode mnie stoi Róg Obfitości. Zauważam kuszę, zestaw noży i ciekawie wyglądający plecak. Postanawiam je zdobyć. Gong brzmi mi w uszach. Skaczę, najdalej jak potrafię, i pędzę do Rogu. Nie mijają trzy sekundy i jestem przy nim. Nikt nie zdecydował się pobiec za mną. Chwytam kuszę, plecak i noże. Oglądam się. Jakaś trybutka zeszła ostrożnie z tarczy. Chwytam butlę z wodą, jeszcze dwa plecaki, łuk i zapas strzał co najmniej na dwa lata i  biegnę ile sił w nogach. Kątem oka zauważam w gęstwinie rośliny pieprzu. Zaraz, zaraz, czy to nie to mówiła mi Zoey? Uciekaj gdzie pieprz rośnie .Wiem, że to tylko metafora, ale może… Może to przekaz? Podejmuję decyzję i biegnę w tamtym kierunku, bo wszyscy zeszli już z tarcz. Co szybsi dobiegają już do Rogu, ale ja jestem daleko. Gnam, przedzierając się przez pieprz. Potrafię biec długo i szybko. Biegnę nieprzerwanie przez pół godziny, aż decyduję się na postój. Zauważam drzewo, trudne do wspinania. Takie jest najlepsze, nie będą podejrzewać, że tu weszłam. Najpierw rzucam mój dobytek w koronę, potem sama gramolę się na drzewo. Wysoko ponad ziemią odnajduję wygodne konary. Z plecaka wydobywam sztywną matę i rozkładam ją nad rozwidleniem, tak, że mogę na niej usiąść i rozpakować dobytek. W pierwszym plecaku znajduję wspomnianą matę, pusty bidon na wodę, szalik, noktowizor i okulary przeciwsłoneczne. Na samym dnie widzę paczkę sucharów. Drugi plecak kryje w sobie śpiwór, kurtkę, apteczkę pierwszej pomocy i fiolkę jodyny. Super, będę miała czym oczyścić znalezioną wodę. W kieszeniach kurtki znajduję cukierki o smakach owoców i zapałki. Oprócz tego zauważam pas z wieloma przegródkami. Aż tryskam entuzjazmem i radością. Trzeci plecak zawiera samo jedzenie, i dobrze. Wyjmuję po kolei suszoną wołowinę, mały jogurt, zupę w puszce i paczkę rodzynek. Wybieram plecak w barwach moro i upycham do niego dobytek prócz broni, pasa i maty. Przeglądam mój arsenał. Kusza, łuk i noże. Nakładam pas a noże wsuwam do przegródek. Zauważam specjalną smycz, więc przypinam łuk. Kuszę zarzucę na plecy, teraz leży na macie. Schodzę kilka poziomów niżej, zbieram korę i błoto i smaruję matę od spodu, przyklejając do niej liście. Jest jeszcze jasno, ale postanawiam urządzić już obozowisko. Nie ma sensu czekać dłużej. Oglądam chwilę łuk. Strzelam żałośnie, to fakt, ale zawsze mogę wycelować do czegoś dwa metry dalej. Strzał wystarczy mi na wieczność, a tych samych można używać i w kuszy i w łuku. Wyjmuję śpiwór i noktowizor. Pakuję się do niego i zakładam okulary na nos. Nie ma to większego sensu, więc póki co wymieniam je na przeciwsłonecznie. Na sąsiedniej gałęzi zauważam niewielką dziuplę. Przetrząsam uważnie puste plecaki. Upewniwszy się, że nic w nich nie ma, wkładam je do dziupli i wciąż leżąc w śpiworze obsypuję liśćmi. Słyszę huki wystrzałów armatnich. Zoey informowała mnie, że oznaczają one liczbę śmierci danego dnia. Jeden, dwa, trzy, jedenaście. Jedenaście osób dzisiaj zginęło. Modlę się, by ujrzeć wśród nich Mikey’a. Ten głupek albo stał na tarczy i czekał aż go wykończą, albo zwiał do lasu bez broni i pożywienia. Najmniej prawdopodobne, że ruszył do boju i ukazał się w nim waleczny duch. Zmrok zapada. Na niebie pojawia się symbol Kapitolu i grają hymn, później pokazują zdjęcia zmarłych. Cała Dwunastka, chłopak z Szóstki, dziewczyna z Ósemki i para z Dziewiątki. Ponadto Chłopak z Trójki, Cłopak z Siódemki i Dziewczyna z Czwórki. Para z Jedynki została wykończona. Mikey żyje. Chowam plecak z dobytkiem pod głowę jako poduszkę, naciągam śpiwór wyżej i czekam na sen. Sen nie nadchodzi. Uprzedza do dziewczyna z Dwójki.
- Droga wolna – mówi cicho, machając ręką. Taszczy plecak i dźwiga siekierę. Za nią idzie chłopak z Dwójki i dziewczyna z Szóstki. Na końcu wlecze się trybut z Dystryktu Czwartego. Niech to szlag, rozbijają obóz kilka metrów od mojego drzewa. Aż jęczę w duchu, by nagle pojawił się Mikey. Niech go zabiją! Nikt jednak nie przychodzi. Cały sojusz jest ciężko ranny. Chłopcy z Czwórki i Dwójki mają poranione nogi, z ramienia trybuta z Dwójki sterczy strzała. Dziewczyna z Dwójki ma podcięte gardło, tamuje krew kawałkiem oderwanym od bluzki. Dziewczyna z Szóstki chyba cudem się porusza: z brzucha wystaje jej nóż. Zawodowcy, bo tak ich w myślach nazywam, rozkładają koce i opatrują się nawzajem. Dziewczyna z Szóstki z trudem wyciąga sobie nóż z brzucha i kropi ranę jakimś preparatem z apteczki. Pozostali podają sobie fiolkę i stękają z ulgą. Zastanawiam się, czy ich nie zastrzelić. Nie, to wykluczone. Zobaczyliby mnie. Może nie weszliby na drzewo, ale mogliby je na przykład podpalić. Postanawiam siedzieć cicho. Ku mojej radości, pozostali zostawiają dziewczynę z Szóstki na straży i idą na polowanie. Dziewczyna z obandażowanym brzuchem stoi w gotowości z nożem w dłoni. Nie, teraz jej nie zabiję. Wystarczająco dużo ludzi już umarło, widzowie nie mają niedosytu. Układam się wygodniej na macie, zdejmuję okulary przeciwsłoneczne i zamieniam je na noktowizory. Obraz wyraźnie mi się rozświetla i wyostrza. Mogę przyjrzeć się dziewczynie z Szóstki.
Ma długie, proste włosy w kolorze orzechowym, piwne oczy i duże usta. W gruncie rzeczy jest nawet ładna. Nie mam co robić, więc nie chcąc marnować zapasów zrywam kolejne jabłko i cicho je gryzę. Dziewczyna z Szóstki ignoruje swoją wartę i kładzie się spać. Co za niedorzeczność! Przecież dobrze wie, że w każdej chwili może zginąć. Chwila moment, czy to nie ja właśnie tak robię? Poruszam się po lesie sama, z plecakiem dobytku i szerokim arsenałem wojennym, nie zważając na zagrożenia. Teraz siedzę wygodnie na jabłoni i patrzę, jak bezbronny przeciwnik ucina sobie drzemkę. To żałosne, ale po prostu nie mam serca jej zabić. Nie mogę, to by było chamskie. Mam większą ochotę stanąć do otwartej walki jeden na jeden, niż strzelać do śpiącej dziewczyny. Ona jeszcze pewnie ma rodzinę, ja już nie. Dlaczego, dlaczego Kapitol nie mógł zniszczyć Jedynki, Dwójki, Siódemki, czegokolwiek, ale akurat Trzynastkę? Żyłam sobie spokojnie z mamą i z tatą. Ojciec był pracownikiem laboratorium, matka sprzedawała ubrania. Nasz dystrykt nie był najbogatszy, ale też nie najbiedniejszy. Mieliśmy jedzenie, picie, ubrania i pieniądze w dostatecznych ilościach. W dodatku nasze laboratoria dostarczały bomb atomowych całemu Kapitolowi. Teraz na pewno inny dystrykt produkuje im te zabawki, ale trzeba przyznać, że nasze były mistrzowskie. Szczególnie te mojego ojca. Tata potrafił robić bomby, które wyczuwały ludzką obecność. Spadały jako niewypały, a kiedy legion żołnierzy podchodził obejrzeć zdobycz, wybuchały ze zdwojoną siłą. A ja? Ja byłam zwyczajną dziewczyną, wzorową uczennicą i idealną córką, przynajmniej dla moich rodziców. I jak skończyłam? W śmierdzącym Kapitolu, wysłana na arenę by mordować lub zostać zamordowana. Ci ludzie są nienormalni. Czy oni nie rozumieją, jaki to ból widzieć, jak własne dziecko umiera na arenie? Czy nie widzą, że przez igrzyska większość rodziców nie będzie chciała mieć dzieci z obawy przed tą piekielną grą? Że mordują bezwstydnie niewinne maluchy? Skoro tacy mądrzy, niech sami staną do walki! Niby czemu oni mają być lepsi od nas? Muszę. Już wiem, co muszę. Choćby to było głupie. Choćby to było niemożliwe, niemądre i beznadziejne. Muszę wrócić i odbudować mój dystrykt. A potem przygotować wszystkie dystrykty do walki. To moje postanowienie. I wykonam je. Rozglądam się, i tak jak myślałam, nade mną widzę miniaturowe czerwone światełko. Kamerka. No tak, pewnie jestem filmowana od dłuższego czasu. Wznoszę oczy ku obiektywowi i szepczę:
- Zoey, wygram to. Wygram to, dla nas.
Kiedy się budzę, zawodowców już nie ma, a na moich kolanach leży srebrny spadochron. Jest w nim liścik, jakiś płyn w spreju i maska. Nie wiem, po co mi to. Domyślam się, że to pierwszy podarunek od sponsorów. Na razie nie zamierzam  nikogo dusić gazem, więc sponsorzy dostarczyli mi tylko dodatkowy ciężar do dźwigania. Lecz żeby zachęcić ich do kolejnych podarunków, uśmiecham się wdzięcznie i szepczę: ,,Dziękuję’’. Czerwone światełko nade mną gaśnie. Filmowali mnie całą noc? Wątpię. Niby co takiego ciekawego jest w… Ach, już rozumiem. TO. Moja największa fobia, jedyny słaby punkt. Tylko ta jedna rzecz może mnie wyprowadzić z równowagi. Na moim brzuchu siedzi wielki, włochaty pająk i wpatruje się we mnie tysiącem ślepi. Stękam ze strachu. Czerwone światełko miga mi nad głową. Cholera, akurat teraz? Mierzymy się z pająkiem wzrokiem. Po chwili dochodzę do przekonania, że jest kolejnym zmiechem.
Z podbródka zwisa mu długa torba, z której co chwila kapie przezroczysta, żelowata maź. Pająk jest wielki jak moja stopa, a szeroki na kilka cali. Jakby się bliżej przyjrzeć, w każdym oku widać miliony maleńkich oczek zupełnie jak u muchy. Jakiś ptaszek nadlatuje i siada obok pająka. Nim jednak zdoła wydobyć z siebie głos, stwór wyciąga odnóże, zakończone ostrym jak brzytwa kolcem, i wsuwa je wolno i boleśnie w skórę ptaka. Ten na kilka sekund nieruchomieje, a potem pada bez życia. Pająk pokazał mi swoje umiejętności. Teraz czeka na moje. Dlaczego to nie motyl? Dlaczego nie mucha, biedronka? Przecież nikomu nic nie mówiłam o moich lękach. Nie okazywałam też tego. Ale to jest tu i teraz. Muszę sobie poradzić z fobią, zanim ona poradzi sobie ze mną. I to raz na zawsze.
Dzięki niebiosom, że mam na sobie śpiwór. Gdyby pająk siedział na moim ubraniu, już dawno zemdlałabym ze strachu i obrzydzenia. Teraz powoli zsuwam z siebie materiał. Zauważam jednak niepokojący fakt. Im śpiwór jest dalej ode mnie, tym pająk się przybliża. Robi niezauważalne kroki w pobliże mojej skóry. Nie, nie pozwolę mu na to. Podciągam śpiwór trochę do góry. Dziwne, pająk się cofa. Kontynuuję to, aż zmiech nie wróci na swoje dawne miejsce. Obok mojej ręki wyczuwam materiał. Spadochron! Pośpiesznie zakładam maskę i naciskam spust. Nie mam pojęcia, jakie działanie ma sprej. Po kilku sekundach orientuję się, że to zwykła woda. Pająk jednak w kontakcie z nią cały się stroszy i nieruchomieje. Szybko sięgam po karteczkę. ,,Wykorzystaj to!’’ – pisze ktoś, zapewne Zoey. Widzę jeszcze strzałkę nakreśloną długopisem, kierującą mój wzrok na dół. Cudownie. Wyśmienicie. Na dole leży Mikey i smacznie chrapie.
Nie wiem, czy boi się pająków, ale to jedyne wyjście. Teraz muszę go wyeliminować, bo wyjdę na słabeusza i nikt nic mi już nie wyśle. Istnieje jednak jeden mały problem: nie dotknę pająka za żadne skarby. Nagle do głowy wpada mi szalony pomysł. Wykorzystaj to. To. Spadochron. Sięgam po niego, dla pewności spryskuję zmiecha wodą i patykiem szturcham go do koszyczka przytwierdzonego do płótna. Lekko przesuwam się nad Mikey’a i spuszczam spadochron na dół. Przesyłka wiruje i zatacza koła, by wreszcie wylądować na kolanach Mikey’a. Z obawy przed tym, że pająk się wybudzi i zwieje, zrywam jabłko i rzucam je obok chłopaka by obudzić go na czas, po czym chowam się w gęstwinie liści. Mikey nerwowo otwiera oczy. Widząc spadochron, na jego ustach wykwita szeroki uśmiech.
- Wiedziałem! – wydziera się na cały las. Na pewno ktoś go usłyszał. Bez krzty ostrożności wsadza rękę do kosza i wyciąga… Moją jedyną butelkę z wodą. Klnę w duchu. Jak to możliwe? Gdybym teraz pisała, wszystkie moje słowa byłyby ocenzurowane. Mam ochotę z miejsca zastrzelić organizatorów. Tylko… Gdzie ten pająk?! Nigdzie go nie widzę. Wytężam wzrok, i od gałęzi przy moim kolanie widzę długą, białą nić. Skubaniec mi uciekł. Nie rozumiem, jak mogli tak wystrychnąć mnie na dudka. Już widzę w myślach drwiący uśmiech Mikey’a, święcie przekonanego o jego zwycięstwie.     Wszystko kompletnie mi się pokiełbasiło. Wczoraj pewna zwycięstwa, dzisiaj zagubiona piętnastolatka bez wody. Muszę podjąć decyzję. Zabić go, czy nie? Chłopak nie ma żadnej broni. Czerwone światełko błyska nade mną. Patrzą co zrobię. Mikey jest wnerwiający, to fakt, ale dramatyczniej byłoby stanąć z nim do walki jeden na jednego pod koniec igrzysk. Nie, nie będę ryzykować. Cicho zbieram dobytek do kupy. Mikey zachowuje się jak dureń. Wypija całą butlę wody wcale nie oszczędzając. A potem wpada na najgorszy pomysł na całym świecie. Wdrapuje się na moje drzewo.
Decyzję muszę podjąć na raz. Nie mam szans na zejście, więc muszę wejść wyżej lub w bok. Jestem praktycznie na czubku, więc wspinaczka odpada. W bok mogę poruszać się tylko przez pewien czas. Lepsze to niż nic, więc bezszelestnie rozpoczynam wędrówkę. Łapię się gałęzi, omijam gniazda ptaków. Spotykam kilka pająków – zmiechów, po kolei spryskując je sprejem. Ten sprej to moja jedyna woda. Nie piję jej jednak, bo potrzebna jest do unieszkodliwiania pająków. Spoglądam za siebie. Mikey jest już na pierwszym ,,piętrze” drzewa, więc przyspieszam kroku. Na nic. Teraz orientuję się, że moje drzewo rośnie nad wielką przepaścią. Spoglądam w dół. Krystaliczna woda pieni się jakieś pięćdziesiąt metrów pode mną. Mikey jest już na moim poziomie. Mruczę przekleństwa, kiedy odwraca się w moją stronę.
- Hej, LIZ!!!! – ryczy. Z korony mojego drzewa wylatuje jakieś dwadzieścia ptaków. Mikey hałaśliwie przedziera się prze liście. Albo skaczę, albo strzelam. Nagle dostrzegam ostatnią deskę ratunku. Mocna nić zmiecha srebrzy się i opada lekko na dno urwiska. Raz kozie śmierć. Zdejmuję pas, przerzucam go nad nicią i ciągnę w dół. Nić się nie urywa, więc sprawdzam, czy wszystko mam przypięte do plecaka a on sam jest na moich plecach, chwytam mocno obie końcówki paska i skaczę. Ręka Mikey’a chwyta mnie i odrywa kawałek mojej koszulki. Ale ja jestem już daleko, a Mikey dalej drze się w niebogłosy. Myślę sobie co to za zmiechy, że nawet takie ryki nie obudzą ich z transu. Jeszcze trochę i nawet zmarli go usłyszą. Jadę już kilka minut, najwyraźniej źle oceniłam odległość. Ziemia zbliża się ku mnie nieuchronnie. Bardziej martwi mnie jednak to, że pajęczyna się przeciera i w każdej chwili mogę spaść. Stawiam na łut  szczęścia i ciągnę pas w dół, szurając palcami o ziemię. Wokół mnie szemrze woda. Szybko wyciągam nóż i przecinam sztywno napiętą sieć przylegającą do pobliskiego drzewa. Pajęczyna zwisa teraz bezwładnie i nikt nią już nie zjedzie. Wyciągam bidon, napełniam go wodą i wkraplam do niej jodynę. Czekam odpowiednią ilość czasu i biorę solidny łyk. Nagle coś uderza mnie w głowę. Spodziewam się topora albo włóczni, ale to coś o niebo lepszego. Mikey cisną we mnie pustą butelką po wodzie.
- Nawet mi nie podziękujesz?! – słyszę gdzieś z oddali. Udaję, że mnie tu nie ma i chowam się w krzaki rosnące przy rzece. Zauważam czarny bez. Jaka szkoda, że nauczyłam mojego towarzysza z dystryktu by go nie jeść. W ogóle po co czegokolwiek go uczyłam? Tylko się osłabiałam. Koło mnie przysiada ptaszek i zaczyna coś mówić. Głoskułka! To zmodyfikowany genetycznie gatunek, stworzony w laboratoriach Kapitolu. Ptaki te zdolne są do powtarzania pełnych kwestii, więc wykorzystywano je na wojnie, zwanej Mrocznymi Dniami, kiedy to dystrykty się zbuntowały. Głoskułki podsłuchiwały rozmowy rebeliantów i powtarzały je siłom wroga. Na szczęście okoliczna ludność dość szybko zorientowała się w czym rzecz i zaczęła powtarzać głoskułkom fałszywe informacje. Istnieją tylko samce głoskułek. Po Panem krążą jednak pogłoski, że skrzyżowały się z innym gatunkiem ptaków. Nie wiem czy to prawda, teraz muszę skupić się na słowach ptaka. O słowa brzmią męskim głosem.
- Idziemy po ciebie, mój ptaszku. Już niedługo sobie tutaj posiedzisz. Gdzie się nie ruszysz, my tam jesteśmy. Nie uciekniesz. Nie dasz rady, otoczyliśmy cię. Idziemy po ciebie.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział III

Hey :* Tak wgl tro zauważyliście, że rozdział nie jet dzień po poprzednim? XD U mnie jest wszystko ok, wcinam sobie płatki kukurydziane polane miodem i już mnie mdli od słodkiego, ale co poradzić. A tak na marginesie dowiedziałam się, że dostanę Iphone 5s, więc się cieszę ogromnie.
Rozdział na 7 stron w Wordzie, więc jak na moje chęci to zaszalałam ;-; No, koniec gadania. Read.
~ Primrose.
***


Ostrożnie wychylam się zza krzaka, dając ręką znak Mikey’owi, by się nie poruszał. Przypomina to arenę, ale jeszcze nią nie jest. Podchodzę do najbliższej pumy i z obrzydzeniem przymykam oczy. Od brzucha w górę puma jest przypalona do żywego mięsa. Leży w kałuży krwi, jak inne zwierzęta. Wielki wilk przyjął chyba najmocniejsze uderzenie, bo rozerwało go na dwie części. Oczy wciąż ma otwarte.
W tej samej chwili na dach wlewa się strumień Strażników Pokoju, uzbrojonych w rozpylacze usypiającego gazu. Jeden trzyma za kark młodego liska, który wyskoczył pierwszy. On jeden jeszcze żyje; wierzga wściekle i próbuje ugryźć Strażnika w nadgarstek. Strażnicy robią wielkie oczy. Nikt nie wierzy, że nie trzeba interweniować. Po chwili odchodzą z kwitkiem, zabierając ciała zwierząt. Chyba nawet mnie nie zauważyli. Po minucie na dach wpada rozczochrana Zoey.
- Matko Boska! – krzyczy i przytula nas oboje. Chwilę stoimy w uścisku. Mentorka puszcza nas, kiedy Mikey zaczyna się krztusić. Pokrótce opowiadamy jej co zaszło, a ona raz jest przerażona, raz szczęśliwa a raz zdziwiona. Na koniec opowieści robi minę uznania, poczym odzywa się.
- No, jestem pewna, że teraz nie będzie chcieli spać na dachu – cmoka. Oh, Zoey, jak ty dobrze mnie rozumiesz.
Wędrujemy na niższe poziomy. Przydzielają mnie do zapasowego pomieszczenia, w którym jest tylko łóżko i szafa. I Gerwazy. Siedzi na moim posłaniu i zanosi się śmiechem.
- Ha, ha – mówię wolno i z wyrzutem. Gerwazy nerwowo ociera łzy radości po czym wstaje, nadal chichocząc, przytula mnie i zaczyna opowiadać o strojach, jakie dla mnie przygotował.
- Więc tak – zaczyna, znowu wyjąc jak kot. Jego głos mnie dobija. Unoszę lekko kąciki warg. – Na wywiad – już głośno ryczę, jego głos działa na mnie jak łaskotki, których na ciele mi nie brak. – przygotowałem dla ciebie to – wyjmuje pokrowiec. Spodziewam się sukienki, ale Gerwazy wyjmuje komplet składający się z czarnych spodni, kremowej, zwiewnej bluzki na szerokich ramiączkach i koturnów w tym samym kolorze. Mój stylista przygotował mi też wisiorek z diamentem – przynajmniej to wygląda jak diament – i taką samą opaskę. – Włosy rozpuścisz – tłumaczy.
- A na arenę? – pytam. Gerwazy zanosi się śmiechem.
- Organizatorzy wybiorą dla was stroje, odpowiednie do rodzaju areny – mówi. Wyobrażam sobie futrzany kożuch lub płaszcz przeciwdeszczowy. Robi mi się słabo. Gerwazy przez chwilę jeszcze opowiada o moim ubraniu, po czym żegna się ze mną i wychodzi. Po chwili również opuszczam pomieszczenie z szamponem i ręcznikiem w ręce, ale gdy otwieram drzwi, trafiam całą trójkę w nos: Gerwazy, Mikey i Zoey stoją i przecierają twarze. Musieli mnie podsłuchiwać. Bogu dzięki, że nie płakałam ani nie robiłam noc głupiego. W zasadzie nic nie robiłam, więc sytuacja bardziej bawi mnie niż złości, lecz przybieram surowy wyraz twarzy i stanowczo zaczynam wykład o prywatności przysługującej obywatelom tak wspaniałego państwa, jakim jest Panem.
- Widzicie więc, dlatego nie wolno podsłuchiwać bliźnich – kończę po kilku minutach gadaniny. Potakują głowami i grzecznie wracają do swoich pokoi, a ja ruszam do łazienki.
Po kąpieli siedzę na łóżku i rozmyślam o igrzyskach. Na jaką arenę trafimy? Czy uda mi się wygrać? Nie, to niemożliwe. Zapewne każdy dobry człowiek na moim miejscu postanowiłby teraz za wszelką cenę ochronić Mikey’a od śmierci. Ale ja nie jestem dobrym człowiekiem, poza tym prawie w ogóle  go nie znam. Jeśli nagrali nas podczas przytulenia, to przecież nic nie znaczy. Nawet nie wiem, jak ma na nazwisko, z resztą wszystko mi jedno. Jedyne co postanawiam w związku z nim, to to, że postaram się go nie zabić. Ucieknę jak najdalej od niego, a jeśli pójdzie za mną, to po nim. Muszę, muszę wrócić. Zobaczyć dom, chociażby spalony. Ujrzeć groby bliskich, poczuć znajomy zapach. Postanawiam, że za wszelką cenę postaram się zwyciężyć. Z tym postanowieniem zapadam w sen.
O dziewiątej budzi mnie Zoey. Mamy godzinę do treningu. Ubieram się w wygodny strój jaki znajduję w szafie i schodzę do kuchni po śniadanie. Zjadam obfitą porcję grzanek z jajkami i bekonem, po czym idę z Zoey na najniższe piętro. Mikey’a nigdzie nie widzę. Zostało pół godziny do treningu. Zoey próbuje wyjaśnić mi podstawowe zasady igrzysk.
- Szybko biegasz? – pyta. Oh, dziękuję ci Zoey, że zadałaś to pytanie! Uwielbiam biegać, jestem tak szybka, że w ciągu dziesięciu sekund potrafię przebiec dystans równy mili.  To samo mówię Zoey, która kiwa mi z aprobatą. Nic dziwnego, chyba nikt nie umie tak biegać.
- Znajdziecie się na tarczach wokół budowli zwanej Rogiem Obfitości. Tam znajdują się wszystkie potrzebne przedmioty: broń, jedzenie, woda, lekarstwa i inne rzeczy. Musisz jak najszybciej dobiec do rogu, wziąć co ci najpotrzebniejsze i zwiewać gdzie pieprz rośnie. Rozumiesz? – mówi.
- Czyli od razu po dotarciu na arenę mam biec do Rogu? – upewniam się. Zoey kręci głową.
- Zapomniałabym o najważniejszym – zniża głos do szeptu, nie wiem dlaczego. W sali jesteśmy tylko my. – Musisz odczekać sześćdziesiąt sekund, zanim wystartujesz. Teren wokół tarcz jest zaminowany. Jeśli wystawisz palec poza tarczę przed upływem minuty, już nie żyjesz.
- Czy tylko ja o tym wiem? – pytam się. Kiwa głową. – A Mikey? – Zoey robi niepewną minę, jakby sprawdzała, czy może mi zaufać. W końcu decyduje się na krótką odpowiedź, bo do sali zaczęli wchodzić pozostali trybuci. – Wiesz, wygrać może tylko jedno z was. – Tyle, odchodzi, a ja zastanawiam się nad jej słowami. Wybrała mnie, to dobrze – przekonuję sama siebie. Tak, to bardzo dobrze. Wygra tylko jeden. Po raz pierwszy rozglądam się po sali. Widzę różne stanowiska: łucznicze, rzucania nożami, rozpoznawania roślin, wiązania węzłów, rozpalania ognia. Na środek pomieszczenia wychodzi krępa kobieta. Upewniwszy się, że w sali znajduje się dokładnie dwudziestu sześciu zawodników, zaczyna mówić.
- Nazywam się Alicia Steward. Będę nadzorować wasze treningi. Możecie zaczynać – zezwala i oddala się ku ławie. Na niej siedzą też inni ludzie; domyślam się, że to nasi potencjalni sponsorzy. I jak tu nie przepuścić takiej okazji – muszę pokazać, co umiem najlepiej. Na początek idę do stanowiska łucznictwa, bo uważam, że to będzie najbardziej przydatne. Mikey wlecze się za mną, ale odpędzam go. Już wie, że nie ma szans na sojusz. Podchodzę do faceta od łuków i przeglądam broń. Wyciągam rękę po pierwszy lepszy łuk i wypuszczam strzałę; trafia w sam środek tarczy.
- Marnie mi idzie – jęczę.
- Panno Huggerson, to było doskonałe! – krzyczy facet, ale tylko mnie zniechęca. Wyznaję mu prawdę.
- Celowałam do tej dwa metry dalej – mówię z przekąsem i zostawiam go z wyrazem zdziwienia na twarzy. Stanowisko z nożami chwilowo jest puste, więc postanawiam spróbować swoich sił. Na początku zamiast w serce trafiam w okolice żołądka, z czasem idzie mi coraz lepiej. Spędzam tam z pół godziny, po czym zwalniam stanowisko dla Trójki. Mija wiele czasu, zanim znajduję MÓJ typ broni. Zahaczam  o trujące strzałki, dmuchawki z kulkami, , kopie, maczugi, sztylety a nawet szable, aż w końcu odnajduję to, co idzie mi PERFEKCYJNIE. Kusza. Kiedy tylko dotykam jej palcami, czuję przyjemne drżenie. Od razu wiem, że muszę ją zdobyć przy Rogu. Pewnie ją podnoszę i z zamkniętymi oczami wypuszczam strzałę. Trafia prosto w serce kukły, tam, gdzie chciałam. Facet bije mi brawo, a pozostali trybuci spoglądają na mnie. Pośpiesznie odgrywam teatrzyk i krzyczę, że celowałam do innego celu, co skutecznie odwraca uwagę przeciwników. Nie chcę, by ktoś dowiedział się o moich umiejętnościach. Zerkam na sponsorów; zainteresowani są pieczenią cielęcą. Nabieram pewności, że tylko facet od kusz widział mój postępek. Nie tylko. Mikey stoi za mną i patrzy z podziwem.
- Celowałam gdzie indziej! – powtarzam ze złością i odchodzę. Muszę zachować to w tajemnicy. Żeby odwrócić od siebie powszechne zainteresowanie, idę do stanowiska z pułapkami. Radzę sobie, cóż, znośnie. Umiem zrobić podstawowe sidła, a po chwili już radzę sobie z tymi średniozaawansowanymi. Na te trudne nawet nie mam szans, więc daję sobie z tym spokój. Przy stanowisku rozpalania ognia spędzam więcej czasu: nie mogę wydobyć iskry, to po prostu niemożliwe. Po godzinie spod mojego krzemienia tryska płomień. Krzyczę na całą salę, nie zwracając uwagi na dezaprobatę tłumu.
- Uhu, uhu, zrobiłam to! Zrobiłam! Zrobiłam! Juhuuuuu! – opanowuję się i cicho podążam do stanowiska skradania. Stojąca tam kobieta uczy mnie, jak stawiać stopy by nie płoszyć określonego rodzaju zwierzyny a odstraszyć drapieżniki. Informuje mnie też, żeby przy każdym kroku zginać kolana bardzo mocno, bo w ten sposób zrobię mniej widoczne ślady. Chce, bym zademonstrowała jej swoją gibkość, więc ze znudzeniem robię dwa rodzaje szpagatu, gwiazdę i salto w tył. Znowu udaje mi się zachować to w tajemnicy, bo wszyscy oprócz mnie i kobiety od skradania patrzą, jak trybut z Jedenastki rzuca nożem w ruchome cele. Moja nauczycielka uznaje, że umiem już dość dużo, i odsyła mnie do stanowiska z roślinami. Chwilę przeglądam zapasy faceta, który tam stoi, bezbłędnie rozpoznaję kilkanaście gatunków po czym odchodzę. Wszystkiego nauczyłam się w ogrodzie, nie będę tu marnować czasu. Do końca treningu pozostały jedynie trzy godziny. Jutro wywiady, pojutrze igrzyska. Muszę się przygotować. Mam dużą przewagę, bo wiem, że teren jest zaminowany. Pewnie jakiś nieostrożny gracz zejdzie pierwszy i zginie, co da do myślenia pozostałym. Ale tylko ja wiem, ile trwa odliczanie. Pewnie zabrzmi jakiś gong, ale nikt nie będzie wiedział, co to oznacza. Przez następną godzinę oglądam moich przeciwników, nie zauważam jednak nic szczególnego. Nagle z tłumu sponsorów wychodzi Alicia i nakazuje:
- Proszę przerwać treningi! Teraz odbędą się pokazy sprawności. Od Trzynastki w dół chłopak i dziewczyna kolejno będą wychodzić z pomieszczenia, do którego zaraz traficie. Macie piętnaście minut na pokazanie co umiecie. Wystawimy wam ocenę od jeden do dwunastu, w zależności od poziomu prezentacji. Tymczasem, proszę za mną – prowadzi nas do małego pomieszczenia. Zostawia nas w środku a sama wraca do pomieszczenia treningowego. Po kilku minutach słyszymy nazwisko: ,,Mikey Williams’’. Mikey niepewnie wychodzi z sali, a ja czekam na swoją kolej. A więc jego nazwisko to Williams. Dziwne. Znam ludzi z Trzynastki i wiem, że niemal każde nazwisko ma końcówkę ,,son’’. Anderson, Huggerson i tak dalej. Nieważne, muszę się skupić. Zostaliśmy poinformowani, że tylko sponsorzy i dany trybut będą wiedzieli, co pokazał. Decyduję się więc pobiegać, porobić salta i oczywiście postrzelać z kuszy, ewentualnie rzucę jakimś nożem. Może dostanę z siódemkę? ,,Luiza Huggerson’’ – słyszymy. Przełykam głośno ślinę i wchodzę do sali treningowej.
Nic się nie zmieniło, poza tym, że wszystko trafiło do stanu ,,zero’’.  Żaden nóż nie leży na podłodze, żadna strzała nie sterczy z tarczy. Nie mam pojęcia co zrobił Mikey, na ćwiczeniach nie interesowałam się nim zbytnio. Decyduję się na rundkę naokoło pomieszczenia. A że jest małe, nie mijają dwie sekundy i już jestem z powrotem. Słyszę, jak ktoś gwiżdże z podziwem. Uśmiecham się pod nosem i wędruję do stanowiska kuszy. Oczywiście nie idę o tak o, tylko skradam się najciszej jak potrafię, przy okazji robiąc bezszelestną gwiazdę i salto nad symboliczną kłodą przy stanowisku kamuflażu. Docieram do kuszy. Biorę kawałek bandaża z punktu pierwszej pomocy znajdującego się na wyciągnięcie ręki i zawiązuję sobie oczy, przedtem zerkając na zegar. Mam dziesięć minut. Upewniam się, że opaska ściśnięta jest mocno i zaczynam strzelać. Mówię głośno: tarcza, żeby mieli pewność, gdzie celuję. Wypuszczam strzałę. Sądząc po okrzyku podziwu, trafiłam w środek. Zadowolona z siebie mówię: serce kukły i strzelam. Znów ochy i achy. Trafiony. Namyślam się, czy zrobić to, co chcę zrobić, ale w końcu mówię. Oko. Wśród sponsorów zalega grobowa cisza. Skupiam się najmocniej jak potrafię. W myślach wypracowuję obraz kukły, trajektorię lotu strzały i odległość. Zawsze matematyka była moją mocną stroną. Ustawiwszy odpowiednio kuszę, wypuszczam strzałę. Czekam. Nic się nie dzieje. Czyżbym nie trafiła? Nerwowo zdejmuję opaskę. Wszystko w porządku. Strzała tkwi w oku kukły, druga w sercu, trzecia w centrum tarczy. Sponsorzy wpatrują się we mnie szeroko otwartymi oczami. Chyba zaniemówili. Pora na pokaz gimnastyki, mam trzy minuty. Wspinam się na szczyt stanowiska wspinaczki, odpinam linkę asekuracyjną i zjeżdżam jak na lianie. W połowie drogi nad ziemią zeskakuję, i robiąc efektowne dwa salta wprzód ląduję na ziemi eleganckim szpagatem, w chwili, gdy gong obwieszcza koniec mojego pokazu. Alicia zdobywa się na trzy słowa.
- Dziękujemy, panno Huggerson. 
***
Wychodzę z sali, dochodząc do wniosku, że jej wylot to nie wylot, tylko drzwi prosto do windy. Wchodzę do środka i jadę prosto na piętro Zoey. Mikey już siedzi w salonie obok naszej mentorki. Widać czekali na mnie, bo Zoey zaraz wybuchnie z podekscytowania. Do salonu wchodzi Gerwazy i kobieta w sukni ślubnej, stylistka Mikey’a. Spod jej oczu spływają czarne strużki.
- Bella, spokojnie – mówi Zoey krzepiącym tonem. Bella zajmuje miejsce obok Gerwazego i Mikey zaczyna opowieść.
- Więc… Zasłużyłem na jedynkę – mówi bez ogródek. Zoey śmieje się.
- Nie mów tak – odzywa się mentorka. – Powiedz lepiej, co zrobiłeś.
- Cały trening łaziłem za Lizzy! – wybucha. – Nic! Nie umiem NIC! Ani strzelać, ani rzucać, ani nawet rozpalić ogniska! – Zoey słucha z uwagą. Jej mina powoli rzednie. – Jest jednak jedna rzecz, którą umiem. – Twarz Zoey się rozjaśnia. – Rozpoznawanie roślin. Lizzy nauczyła mnie tego w ogrodzie, więc rozpoznałem jakieś trzy czwarte gatunków ze stanowiska. Wymieniłem im też sposoby zastosowania igły sosnowej.
- Cóż – mówi Zoey. – Jedynkę dostają ci, którzy nie pokazali nic. Według mnie masz szansę na… Hm, cztery? Bądźmy dobrej myśli. No, a ty, Luizo? – mruga do mnie. Zaczynam opowiadać o moich wyczynach. Jak to przebiegłam okrąg w niecałe dwie sekundy, jak się skradałam, jak strzelałam z zawiązanymi oczami. Opisałam zachwyt sponsorów, kończąc moją opowieść na efektownym pokazie gimnastyki. Bella przestaje płakać, Gerwazy bije mi brawo a Zoey cmoka z podziwem. Zerkam na Mikey’a. Jego twarz płonie zazdrością. Pośpiesznie odwracam wzrok. Zoey chyba też to zauważa, po próbuje załagodzić sytuację.
- Dzieci, może pójdziecie  już do łóżek? Jest późno, a… - nie zdąża dokończyć.
- To żałosne! To niesprawiedliwe! – krzyczy Mikey. Jego twarz jest czerwona od gniewu. – Dlaczego? Dlaczego to ona tyle umie? Dlaczego to nie ja jestem mądry, szybki i przekonujący? Nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi! I co, nawet  nikt mi nic nie doradził! I jak ja mam przeżyć? Bo rozumie się, że to ja przeżyję – kończy pytającym głosem. Siedzimy w milczeniu. Dzięki ci, dobry Boże, że Mikey jest głupi jak but. – No, i to rozumiem! – promienieje. – Wybacz, Luizo Huggerson, to nie ty wrócisz do domu! To ja do niego wrócę! Ha, ha! – ryczy triumfalnie. Trybuci wracający do pokoi zaglądają do nas przez jego wrzaski. – I co? Jesteś głupia jak koza, a twoje mierne umiejętności w niczym ci nie pomogą! – cichnie, bo rozpoczyna się audycja. Pokazują wyniki od Jedynki w górę. Wszyscy z dystryktów Jeden i Dwa otrzymali dziewiątki. Dziewczyna z Trójki zdobyła siódemkę a chłopak szóstkę. Czwórka zdobyła po osiem punktów. Trybuci z Piątki dostali po szóstce. Dziwi mnie wynik chłopaka z Szóstki – jedenaście punktów. Dziewczyna zdobyła pięć. Trybuci z Siódemki dostali po liczbie swojego dystryktu. Dziewczyna z Ósemki ma szóstkę a chłopak siódemkę. Trybuci z Dziewiątki gorzej sobie poradzili – mają po czwórce. Dziesiątka i Jedenastka uzyskały wyniki pięć i siedem. Trybuci z Dwunastki. Dziewczyna zdobyła siedem punktów, chłopak dziewięć. Dochodzimy do Trzynastki. Mikey dostaje… Dwa. Nie wzrusza go to jednak, nadal myśli, że wygra. Nadchodzi kolej na mnie. Na ekranie tryskają fajerwerki, a pod moim wyjątkowo udanym zdjęciem połyskuje złota, wielka liczba: DWANAŚCIE.  Mikey wychodzi obrażony. Zmieniam zdanie. Ja chcę go zabić. Mówię to Zoey, na co ona odpowiada:
- Poczekaj, jeszcze trochę. Pamiętaj, po minucie bierz co niezbędne i wiej gdzie pieprz rośnie. Dziękuję jej za rady.
- Ile Mikey ma tak właściwie lat?- pytam na odchodnym.
- Eh, czternaście – mówi Zoey niechętnie. Cóż, wygląd nie zawsze mówi prawdę.
- Wychodzę spać.
- Dobranoc.
***
Następnego dnia Zoey budzi mnie bardzo wcześnie. Pytam o Mikey’a, ale ona mówi mi, że będzie spał do późna, o ile sam nie wstanie, bo na przygotowanie jego potrzeba mniej czasu. – No i opowiem ci coś więcej – szepcze. Posłusznie wstaję, jem śniadanie i idę do pokoju stylisty, gdzie czeka na mnie Gerwazy. Znowu ubrany jest tak samo, ale pachnie świeżo, więc włożył pewnie inne ubrania, które wyglądają tak samo jak poprzednie. Gerwazy rozczesuje mi włosy tak, żeby spływały falami.
- Masz bardzo ładny odcień blondu – mówi mi. Zdejmuję szlafrok, wkładam bluzkę, czarne legginsy i kremowe koturny. Gerwazy dekoruje moją głowę opaską a szyję naszyjnikiem. Idziemy do studia makijażu, gdzie pudruje mi policzki  na lekki róż a usta maluje na pastelowo różowo. Dostaję malutkie kolczyki  - diamenciki, które pozostaną mi na arenie, bo uszy będę tu miała przekłute pierwszy raz. Protestuję jednak, więc Gerwazy zadowala się sztucznymi diamencikami nalepianymi na ucho. Kiedy jestem gotowa, spryskuje mnie kwiatowymi perfumami i kieruje do Zoey. Mam na sobie strój do wywiadów, a na nim masę fartuchów i białych chust dla ochrony. Na głowie mam przezroczysty czepek. Kiedy dochodzę do mojej mentorki, ta już na mnie czeka. Gestem zaprasza mnie na kanapę i tłumaczy.
- Na wywiadzie musisz mieć wyrobioną osobowość. Więc, przygotowałam dla ciebie trzy do wyboru: Miła i strachliwa, ostra morderczyni lub inteligenta, stawiająca na swoim dziewczyna.
- Trzy – mówię bez wahania.
- Od razu to wiedziałam, więc mam przygotowany program nauczania – mówi. Wyjmuje karteczki i zaczyna mnie uczyć.
- Twój krok ma być pewny – zaczyna Zoey i demonstruje mi, jak mam chodzić. – Sprężyście, pewnie, ostrożnie – tłumaczy. Próbuję ją naśladować i stwierdzam, że idzie mi nieźle. Zoey jednak myśli inaczej, więc piętnaście minut spędzamy na chodzeniu w kółko po sali. Później, z obawy żebym się nie spociła pomimo że jestem wysmarowana masą dezodorantów, siadamy i pijąc gazowaną lemoniadę staram się mówić odpowiednio do mojej wyimaginowanej osobowości. Co chwila wrzucam jakiś interesujący fakcik, upewniam publikę w przekonaniu, że postaram się wygrać dla nich, szczypię w policzek Zoey udającą prezentera lub błyskotliwie się uśmiecham. Siedzimy pięć godzin. Do wywiadu zostaje kilkanaście minut, więc zostaję odesłana do Gerwazego, który zdejmuje ze mnie białe szamty, opryskuje perfumami i poprawia makijaż. Kiedy jestem już przy drzwiach miejsca, gdzie będą wywiady, zauważam Mikey’a. Jest w piżamie, zaspany i zdezorientowany. He, nie wiedziałam, że zaprezentuje się aż tak żałośnie. Jego wina, mógł wstać wcześniej. Światła mnie oślepiają, dwudziestu sześciu zawodników wchodzi na salę. Siadamy na krzesłach z numerami naszych dystryktów i czekamy na swoją kolejkę. Mikey siada obok mnie. Śmierdzi potem i nieumytymi zębami, cóż, mógł wstać wcześniej. Na środek sali wychodzi starszy facet z mikrofonem. Wygląda jak typowy kapitolińczyk.
- Nazywam się George Yellowstone i będę prowadził wywiady. Zapraszamy szanowną panią Amy Leaf, trybutkę z Pierwszego Dystryktu!
Amy wychodzi dumnie. Od razu widać, że zrobili ją na maszynę do zabijania. Czarna suknia powiewa na wietrze, ostry makijaż przyciąga wzrok. Odpowiada krótko i zwięźle, zawsze na temat. Każdy zawodnik ma inną osobowość. Jedni są strachliwi, inni głupi, jeszcze inni postawili na urodę. Kiedy dochodzi do mnie, przykuwam uwagę widzów. Jako jedyna dziewczyna mam spodnie. Pamiętając o radach Zoey idę sprężyście, pewnie i ostrożnie. Docieram do Georga, którye zadaje pierwsze pytanie.
- Lizzy, co byś powiedziała swojej rodzinie, gdybyś wiedziała, że cię teraz oglądają?
- Powiedziałabym, że w związku z trajektorią lotu bomby z silnym ładunkiem wybuchowym podzieloną przez wysokość i liczbę koni mechanicznych poduszkowca C7, niestety nie mieli szans na przeżycie. – Bredzę bez sensu, ale ludzie, podobnie jak ja, nie mają pojęcia o technice, więc biją mi brawo. George zadaje kolejne pytania.
- Ulubiony kolor?
- Biały.
- Najlepszy przyjaciel?
- Wszyscy zginęli po katastrofie – odpowiadam chłodno.
- Powiedz nam coś ciekawego, Lizzy.
- Wasi dzielni Strażnicy Pokoju pokonali groźne stwory, ratując waszą skórę przed śmiercią – kłamię.
- Dlaczego masz na sobie spodnie?
- Bo tak mi wygodnie, czuję się w nich pewnie.
- Jak to się stało, że dostałaś dwunastkę? – publika zamiera.
- Nie powiem ze względu na moich przeciwników – uśmiecham się przymilnie.
- Dlaczego twój kompan ma piżamę? – parskam śmiechem, a ośmielona publiczność za mną.
- Po pierwsze, on nie jest moim kompanem, po drugie, nie mam pojęcia. Pewnie  jest zbyt głupi, żeby się przebrać.
- Lizzy, wygrasz to?
- Postaram się. – Brzęczyk obwieszcza koniec mojego czasu. Wychodzę spod wzroku kamer i przysiadam na krześle. Mikey już siedzi obok Georga. Odpowiada zupełnie nie na temat. Już wiem, że inni wezmą go na swój cel. Ja też.
***