Nie będę go tu pisać, bo mam jeszcze trochę kultury osobistej. Loks, nie wiem co się t tobą stało, dlaczego zamknęłaś bloga i postanowiłaś nie publikować rozdziałów, ale jeśli to czytasz, to błagam, przywróć Lilybird, a jeśli nie to przynajmniej zaproś mnie do czytania :((
~ Prim
Po udanym wywiadzie wracamy do pokoi. W przeciwieństwie do
Mikey’a zjadam obfitą kolację i kładę się spać. Mój towarzysz z dystryktu
sprawia wrażenie, jakby spodziewał się, że jutro na arenie podadzą mu posiłek
królów. Macham obojętnie ręką i wracam do pokoju. Muszę się wyspać przed
igrzyskami.
Następnego dnia przylatują poduszkowce. Razem z Gerwazym
wsiadam do jednego. Kiedy wchodzimy na drabinę, impuls magnetyczny przytwierdza
nas do niej, a ktoś ciągnie nas w górę. Lecimy kilkanaście minut. Gerwazy radzi
mi, żebym była spokojna i zrobiła, co należy. Przed wyjazdem pożegnałam się z
Zoey i Mikey’em, który nadal myśli, że wygra. Cóż, jak to mawiali moi rodzice,
na nadziei jest zbudowane całe nasze życie. Okna nagle się zaciemniają i
lądujemy w podziemiach. Wysiadam i Gerwazy przygotowuje mnie do wyjścia.
Trafiamy do czegoś w rodzaju komory i zastajemy tam strój. Na szczęście to nie
kożuch, więc wykluczam lodowe pustkowie. Nie jest to też bikini ani krótkie
spodenki i top na ramiączkach, więc pustynia odpada. W zestaw wchodzą długie,
wygodne spodnie, bluzka z krótkim rękawem i miękkie, skórzane trampki ponad
kostki w kolorze czarnym. Gerwazy pomaga mi się ubrać. Przytulam go na
pożegnanie. To się działo tak szybko, jeszcze niedawno mieszkałam w Trzynastym
Dystrykcie. Trudno, muszę się dostosować. Metaliczny głos każe mi ustawić się
na okręgu w centrum komory. Robię to. Szklany cylinder otacza mnie od spodu.
Macham na pożegnanie Gerwazemu, podnoszę dumnie głowę, poprawiam warkocz, który
Gerwazy uplótł mi nie wiem kiedy i wyjeżdżam na powierzchnię.
Nie zdążam się przyjrzeć arenie, kiedy trybut z Szóstki,
ten, co zdobył jedenaście punktów, wybucha z donośnym hukiem. Reszta stoi
zdezorientowana. To mój czas, rozglądam się szybko. Jesteśmy na polanie, wokół
jest las mieszany. Jakieś trzydzieści metrów ode mnie stoi Róg Obfitości. Zauważam
kuszę, zestaw noży i ciekawie wyglądający plecak. Postanawiam je zdobyć. Gong
brzmi mi w uszach. Skaczę, najdalej jak potrafię, i pędzę do Rogu. Nie mijają
trzy sekundy i jestem przy nim. Nikt nie zdecydował się pobiec za mną. Chwytam
kuszę, plecak i noże. Oglądam się. Jakaś trybutka zeszła ostrożnie z tarczy.
Chwytam butlę z wodą, jeszcze dwa plecaki, łuk i zapas strzał co najmniej na
dwa lata i biegnę ile sił w nogach.
Kątem oka zauważam w gęstwinie rośliny pieprzu. Zaraz, zaraz, czy to nie to mówiła
mi Zoey? Uciekaj gdzie pieprz rośnie .Wiem,
że to tylko metafora, ale może… Może to przekaz? Podejmuję decyzję i biegnę w
tamtym kierunku, bo wszyscy zeszli już z tarcz. Co szybsi dobiegają już do
Rogu, ale ja jestem daleko. Gnam, przedzierając się przez pieprz. Potrafię biec
długo i szybko. Biegnę nieprzerwanie przez pół godziny, aż decyduję się na
postój. Zauważam drzewo, trudne do wspinania. Takie jest najlepsze, nie będą
podejrzewać, że tu weszłam. Najpierw rzucam mój dobytek w koronę, potem sama gramolę
się na drzewo. Wysoko ponad ziemią odnajduję wygodne konary. Z plecaka
wydobywam sztywną matę i rozkładam ją nad rozwidleniem, tak, że mogę na niej
usiąść i rozpakować dobytek. W pierwszym plecaku znajduję wspomnianą matę,
pusty bidon na wodę, szalik, noktowizor i okulary przeciwsłoneczne. Na samym
dnie widzę paczkę sucharów. Drugi plecak kryje w sobie śpiwór, kurtkę, apteczkę
pierwszej pomocy i fiolkę jodyny. Super, będę miała czym oczyścić znalezioną
wodę. W kieszeniach kurtki znajduję cukierki o smakach owoców i zapałki. Oprócz
tego zauważam pas z wieloma przegródkami. Aż tryskam entuzjazmem i radością.
Trzeci plecak zawiera samo jedzenie, i dobrze. Wyjmuję po kolei suszoną
wołowinę, mały jogurt, zupę w puszce i paczkę rodzynek. Wybieram plecak w barwach
moro i upycham do niego dobytek prócz broni, pasa i maty. Przeglądam mój
arsenał. Kusza, łuk i noże. Nakładam pas a noże wsuwam do przegródek. Zauważam
specjalną smycz, więc przypinam łuk. Kuszę zarzucę na plecy, teraz leży na
macie. Schodzę kilka poziomów niżej, zbieram korę i błoto i smaruję matę od
spodu, przyklejając do niej liście. Jest jeszcze jasno, ale postanawiam
urządzić już obozowisko. Nie ma sensu czekać dłużej. Oglądam chwilę łuk.
Strzelam żałośnie, to fakt, ale zawsze mogę wycelować do czegoś dwa metry
dalej. Strzał wystarczy mi na wieczność, a tych samych można używać i w kuszy i
w łuku. Wyjmuję śpiwór i noktowizor. Pakuję się do niego i zakładam okulary na
nos. Nie ma to większego sensu, więc póki co wymieniam je na przeciwsłonecznie.
Na sąsiedniej gałęzi zauważam niewielką dziuplę. Przetrząsam uważnie puste
plecaki. Upewniwszy się, że nic w nich nie ma, wkładam je do dziupli i wciąż
leżąc w śpiworze obsypuję liśćmi. Słyszę huki wystrzałów armatnich. Zoey
informowała mnie, że oznaczają one liczbę śmierci danego dnia. Jeden, dwa,
trzy, jedenaście. Jedenaście osób dzisiaj zginęło. Modlę się, by ujrzeć wśród
nich Mikey’a. Ten głupek albo stał na tarczy i czekał aż go wykończą, albo
zwiał do lasu bez broni i pożywienia. Najmniej prawdopodobne, że ruszył do boju
i ukazał się w nim waleczny duch. Zmrok zapada. Na niebie pojawia się symbol
Kapitolu i grają hymn, później pokazują zdjęcia zmarłych. Cała Dwunastka,
chłopak z Szóstki, dziewczyna z Ósemki i para z Dziewiątki. Ponadto Chłopak z
Trójki, Cłopak z Siódemki i Dziewczyna z Czwórki. Para z Jedynki została
wykończona. Mikey żyje. Chowam plecak z dobytkiem pod głowę jako poduszkę,
naciągam śpiwór wyżej i czekam na sen. Sen nie nadchodzi. Uprzedza do
dziewczyna z Dwójki.
- Droga wolna – mówi cicho, machając ręką. Taszczy plecak i
dźwiga siekierę. Za nią idzie chłopak z Dwójki i dziewczyna z Szóstki. Na końcu
wlecze się trybut z Dystryktu Czwartego. Niech to szlag, rozbijają obóz kilka
metrów od mojego drzewa. Aż jęczę w duchu, by nagle pojawił się Mikey. Niech go
zabiją! Nikt jednak nie przychodzi. Cały sojusz jest ciężko ranny. Chłopcy z
Czwórki i Dwójki mają poranione nogi, z ramienia trybuta z Dwójki sterczy
strzała. Dziewczyna z Dwójki ma podcięte gardło, tamuje krew kawałkiem
oderwanym od bluzki. Dziewczyna z Szóstki chyba cudem się porusza: z brzucha
wystaje jej nóż. Zawodowcy, bo tak ich w myślach nazywam, rozkładają koce i
opatrują się nawzajem. Dziewczyna z Szóstki z trudem wyciąga sobie nóż z
brzucha i kropi ranę jakimś preparatem z apteczki. Pozostali podają sobie
fiolkę i stękają z ulgą. Zastanawiam się, czy ich nie zastrzelić. Nie, to
wykluczone. Zobaczyliby mnie. Może nie weszliby na drzewo, ale mogliby je na
przykład podpalić. Postanawiam siedzieć cicho. Ku mojej radości, pozostali zostawiają
dziewczynę z Szóstki na straży i idą na polowanie. Dziewczyna z obandażowanym
brzuchem stoi w gotowości z nożem w dłoni. Nie, teraz jej nie zabiję.
Wystarczająco dużo ludzi już umarło, widzowie nie mają niedosytu. Układam się
wygodniej na macie, zdejmuję okulary przeciwsłoneczne i zamieniam je na
noktowizory. Obraz wyraźnie mi się rozświetla i wyostrza. Mogę przyjrzeć się
dziewczynie z Szóstki.
Ma długie, proste włosy w kolorze orzechowym, piwne oczy i
duże usta. W gruncie rzeczy jest nawet ładna. Nie mam co robić, więc nie chcąc
marnować zapasów zrywam kolejne jabłko i cicho je gryzę. Dziewczyna z Szóstki
ignoruje swoją wartę i kładzie się spać. Co za niedorzeczność! Przecież dobrze
wie, że w każdej chwili może zginąć. Chwila moment, czy to nie ja właśnie tak
robię? Poruszam się po lesie sama, z plecakiem dobytku i szerokim arsenałem
wojennym, nie zważając na zagrożenia. Teraz siedzę wygodnie na jabłoni i
patrzę, jak bezbronny przeciwnik ucina sobie drzemkę. To żałosne, ale po prostu
nie mam serca jej zabić. Nie mogę, to by było chamskie. Mam większą ochotę
stanąć do otwartej walki jeden na jeden, niż strzelać do śpiącej dziewczyny.
Ona jeszcze pewnie ma rodzinę, ja już nie. Dlaczego, dlaczego Kapitol nie mógł
zniszczyć Jedynki, Dwójki, Siódemki, czegokolwiek, ale akurat Trzynastkę? Żyłam
sobie spokojnie z mamą i z tatą. Ojciec był pracownikiem laboratorium, matka
sprzedawała ubrania. Nasz dystrykt nie był najbogatszy, ale też nie
najbiedniejszy. Mieliśmy jedzenie, picie, ubrania i pieniądze w dostatecznych
ilościach. W dodatku nasze laboratoria dostarczały bomb atomowych całemu
Kapitolowi. Teraz na pewno inny dystrykt produkuje im te zabawki, ale trzeba
przyznać, że nasze były mistrzowskie. Szczególnie te mojego ojca. Tata potrafił
robić bomby, które wyczuwały ludzką obecność. Spadały jako niewypały, a kiedy
legion żołnierzy podchodził obejrzeć zdobycz, wybuchały ze zdwojoną siłą. A ja?
Ja byłam zwyczajną dziewczyną, wzorową uczennicą i idealną córką, przynajmniej
dla moich rodziców. I jak skończyłam? W śmierdzącym Kapitolu, wysłana na arenę
by mordować lub zostać zamordowana. Ci ludzie są nienormalni. Czy oni nie
rozumieją, jaki to ból widzieć, jak własne dziecko umiera na arenie? Czy nie
widzą, że przez igrzyska większość rodziców nie będzie chciała mieć dzieci z
obawy przed tą piekielną grą? Że mordują bezwstydnie niewinne maluchy? Skoro
tacy mądrzy, niech sami staną do walki! Niby czemu oni mają być lepsi od nas?
Muszę. Już wiem, co muszę. Choćby to było głupie. Choćby to było niemożliwe,
niemądre i beznadziejne. Muszę wrócić i odbudować mój dystrykt. A potem
przygotować wszystkie dystrykty do walki. To moje postanowienie. I wykonam je.
Rozglądam się, i tak jak myślałam, nade mną widzę miniaturowe czerwone
światełko. Kamerka. No tak, pewnie jestem filmowana od dłuższego czasu. Wznoszę
oczy ku obiektywowi i szepczę:
- Zoey, wygram to. Wygram to, dla nas.
Kiedy się budzę, zawodowców już nie ma, a na moich kolanach
leży srebrny spadochron. Jest w nim liścik, jakiś płyn w spreju i maska. Nie
wiem, po co mi to. Domyślam się, że to pierwszy podarunek od sponsorów. Na
razie nie zamierzam nikogo dusić gazem,
więc sponsorzy dostarczyli mi tylko dodatkowy ciężar do dźwigania. Lecz żeby
zachęcić ich do kolejnych podarunków, uśmiecham się wdzięcznie i szepczę: ,,Dziękuję’’.
Czerwone światełko nade mną gaśnie. Filmowali mnie całą noc? Wątpię. Niby co
takiego ciekawego jest w… Ach, już rozumiem. TO. Moja największa fobia, jedyny
słaby punkt. Tylko ta jedna rzecz może mnie wyprowadzić z równowagi. Na moim
brzuchu siedzi wielki, włochaty pająk i wpatruje się we mnie tysiącem ślepi.
Stękam ze strachu. Czerwone światełko miga mi nad głową. Cholera, akurat teraz?
Mierzymy się z pająkiem wzrokiem. Po chwili dochodzę do przekonania, że jest
kolejnym zmiechem.
Z podbródka zwisa mu długa torba, z której co chwila kapie
przezroczysta, żelowata maź. Pająk jest wielki jak moja stopa, a szeroki na
kilka cali. Jakby się bliżej przyjrzeć, w każdym oku widać miliony maleńkich
oczek zupełnie jak u muchy. Jakiś ptaszek nadlatuje i siada obok pająka. Nim
jednak zdoła wydobyć z siebie głos, stwór wyciąga odnóże, zakończone ostrym jak
brzytwa kolcem, i wsuwa je wolno i boleśnie w skórę ptaka. Ten na kilka sekund
nieruchomieje, a potem pada bez życia. Pająk pokazał mi swoje umiejętności. Teraz
czeka na moje. Dlaczego to nie motyl? Dlaczego nie mucha, biedronka? Przecież
nikomu nic nie mówiłam o moich lękach. Nie okazywałam też tego. Ale to jest tu
i teraz. Muszę sobie poradzić z fobią, zanim ona poradzi sobie ze mną. I to raz
na zawsze.
Dzięki niebiosom, że mam na sobie śpiwór. Gdyby pająk
siedział na moim ubraniu, już dawno zemdlałabym ze strachu i obrzydzenia. Teraz
powoli zsuwam z siebie materiał. Zauważam jednak niepokojący fakt. Im śpiwór
jest dalej ode mnie, tym pająk się przybliża. Robi niezauważalne kroki w
pobliże mojej skóry. Nie, nie pozwolę mu na to. Podciągam śpiwór trochę do
góry. Dziwne, pająk się cofa. Kontynuuję to, aż zmiech nie wróci na swoje dawne
miejsce. Obok mojej ręki wyczuwam materiał. Spadochron! Pośpiesznie zakładam maskę
i naciskam spust. Nie mam pojęcia, jakie działanie ma sprej. Po kilku sekundach
orientuję się, że to zwykła woda. Pająk jednak w kontakcie z nią cały się
stroszy i nieruchomieje. Szybko sięgam po karteczkę. ,,Wykorzystaj to!’’ –
pisze ktoś, zapewne Zoey. Widzę jeszcze strzałkę nakreśloną długopisem,
kierującą mój wzrok na dół. Cudownie. Wyśmienicie. Na dole leży Mikey i
smacznie chrapie.
Nie wiem, czy boi się pająków, ale to jedyne wyjście. Teraz
muszę go wyeliminować, bo wyjdę na słabeusza i nikt nic mi już nie wyśle.
Istnieje jednak jeden mały problem: nie dotknę pająka za żadne skarby. Nagle do
głowy wpada mi szalony pomysł. Wykorzystaj
to. To. Spadochron. Sięgam po niego, dla pewności spryskuję zmiecha wodą i
patykiem szturcham go do koszyczka przytwierdzonego do płótna. Lekko przesuwam
się nad Mikey’a i spuszczam spadochron na dół. Przesyłka wiruje i zatacza koła,
by wreszcie wylądować na kolanach Mikey’a. Z obawy przed tym, że pająk się
wybudzi i zwieje, zrywam jabłko i rzucam je obok chłopaka by obudzić go na czas,
po czym chowam się w gęstwinie liści. Mikey nerwowo otwiera oczy. Widząc
spadochron, na jego ustach wykwita szeroki uśmiech.
- Wiedziałem! – wydziera się na cały las. Na pewno ktoś go
usłyszał. Bez krzty ostrożności wsadza rękę do kosza i wyciąga… Moją jedyną
butelkę z wodą. Klnę w duchu. Jak to możliwe? Gdybym teraz pisała, wszystkie
moje słowa byłyby ocenzurowane. Mam ochotę z miejsca zastrzelić organizatorów.
Tylko… Gdzie ten pająk?! Nigdzie go nie widzę. Wytężam wzrok, i od gałęzi przy
moim kolanie widzę długą, białą nić. Skubaniec mi uciekł. Nie rozumiem, jak
mogli tak wystrychnąć mnie na dudka. Już widzę w myślach drwiący uśmiech
Mikey’a, święcie przekonanego o jego zwycięstwie. Wszystko kompletnie mi się pokiełbasiło. Wczoraj pewna
zwycięstwa, dzisiaj zagubiona piętnastolatka bez wody. Muszę podjąć decyzję.
Zabić go, czy nie? Chłopak nie ma żadnej broni. Czerwone światełko błyska nade
mną. Patrzą co zrobię. Mikey jest wnerwiający, to fakt, ale dramatyczniej
byłoby stanąć z nim do walki jeden na jednego pod koniec igrzysk. Nie, nie będę
ryzykować. Cicho zbieram dobytek do kupy. Mikey zachowuje się jak dureń. Wypija
całą butlę wody wcale nie oszczędzając. A potem wpada na najgorszy pomysł na
całym świecie. Wdrapuje się na moje drzewo.
Decyzję muszę podjąć na raz. Nie mam szans na zejście, więc
muszę wejść wyżej lub w bok. Jestem praktycznie na czubku, więc wspinaczka
odpada. W bok mogę poruszać się tylko przez pewien czas. Lepsze to niż nic,
więc bezszelestnie rozpoczynam wędrówkę. Łapię się gałęzi, omijam gniazda
ptaków. Spotykam kilka pająków – zmiechów, po kolei spryskując je sprejem. Ten
sprej to moja jedyna woda. Nie piję jej jednak, bo potrzebna jest do
unieszkodliwiania pająków. Spoglądam za siebie. Mikey jest już na pierwszym ,,piętrze”
drzewa, więc przyspieszam kroku. Na nic. Teraz orientuję się, że moje drzewo
rośnie nad wielką przepaścią. Spoglądam w dół. Krystaliczna woda pieni się
jakieś pięćdziesiąt metrów pode mną. Mikey jest już na moim poziomie. Mruczę
przekleństwa, kiedy odwraca się w moją stronę.
- Hej, LIZ!!!! – ryczy. Z korony mojego drzewa wylatuje
jakieś dwadzieścia ptaków. Mikey hałaśliwie przedziera się prze liście. Albo
skaczę, albo strzelam. Nagle dostrzegam ostatnią deskę ratunku. Mocna nić
zmiecha srebrzy się i opada lekko na dno urwiska. Raz kozie śmierć. Zdejmuję
pas, przerzucam go nad nicią i ciągnę w dół. Nić się nie urywa, więc sprawdzam,
czy wszystko mam przypięte do plecaka a on sam jest na moich plecach, chwytam
mocno obie końcówki paska i skaczę. Ręka Mikey’a chwyta mnie i odrywa kawałek
mojej koszulki. Ale ja jestem już daleko, a Mikey dalej drze się w niebogłosy.
Myślę sobie co to za zmiechy, że nawet takie ryki nie obudzą ich z transu.
Jeszcze trochę i nawet zmarli go usłyszą. Jadę już kilka minut, najwyraźniej
źle oceniłam odległość. Ziemia zbliża się ku mnie nieuchronnie. Bardziej martwi
mnie jednak to, że pajęczyna się przeciera i w każdej chwili mogę spaść.
Stawiam na łut szczęścia i ciągnę pas w
dół, szurając palcami o ziemię. Wokół mnie szemrze woda. Szybko wyciągam nóż i
przecinam sztywno napiętą sieć przylegającą do pobliskiego drzewa. Pajęczyna
zwisa teraz bezwładnie i nikt nią już nie zjedzie. Wyciągam bidon, napełniam go
wodą i wkraplam do niej jodynę. Czekam odpowiednią ilość czasu i biorę solidny
łyk. Nagle coś uderza mnie w głowę. Spodziewam się topora albo włóczni, ale to
coś o niebo lepszego. Mikey cisną we mnie pustą butelką po wodzie.
- Nawet mi nie podziękujesz?! – słyszę gdzieś z oddali.
Udaję, że mnie tu nie ma i chowam się w krzaki rosnące przy rzece. Zauważam
czarny bez. Jaka szkoda, że nauczyłam mojego towarzysza z dystryktu by go nie
jeść. W ogóle po co czegokolwiek go uczyłam? Tylko się osłabiałam. Koło mnie
przysiada ptaszek i zaczyna coś mówić. Głoskułka! To zmodyfikowany genetycznie
gatunek, stworzony w laboratoriach Kapitolu. Ptaki te zdolne są do powtarzania
pełnych kwestii, więc wykorzystywano je na wojnie, zwanej Mrocznymi Dniami,
kiedy to dystrykty się zbuntowały. Głoskułki podsłuchiwały rozmowy rebeliantów
i powtarzały je siłom wroga. Na szczęście okoliczna ludność dość szybko
zorientowała się w czym rzecz i zaczęła powtarzać głoskułkom fałszywe
informacje. Istnieją tylko samce głoskułek. Po Panem krążą jednak pogłoski, że
skrzyżowały się z innym gatunkiem ptaków. Nie wiem czy to prawda, teraz muszę
skupić się na słowach ptaka. O słowa brzmią męskim głosem.
- Idziemy po ciebie, mój ptaszku. Już niedługo sobie tutaj
posiedzisz. Gdzie się nie ruszysz, my tam jesteśmy. Nie uciekniesz. Nie dasz
rady, otoczyliśmy cię. Idziemy po ciebie.