Rozdział na 7 stron w Wordzie, więc jak na moje chęci to zaszalałam ;-; No, koniec gadania. Read.
~ Primrose.
***
Ostrożnie wychylam się zza krzaka, dając ręką znak
Mikey’owi, by się nie poruszał. Przypomina to arenę, ale jeszcze nią nie jest.
Podchodzę do najbliższej pumy i z obrzydzeniem przymykam oczy. Od brzucha w
górę puma jest przypalona do żywego mięsa. Leży w kałuży krwi, jak inne
zwierzęta. Wielki wilk przyjął chyba najmocniejsze uderzenie, bo rozerwało go
na dwie części. Oczy wciąż ma otwarte.
W tej samej chwili na dach wlewa się strumień Strażników
Pokoju, uzbrojonych w rozpylacze usypiającego gazu. Jeden trzyma za kark
młodego liska, który wyskoczył pierwszy. On jeden jeszcze żyje; wierzga
wściekle i próbuje ugryźć Strażnika w nadgarstek. Strażnicy robią wielkie oczy.
Nikt nie wierzy, że nie trzeba interweniować. Po chwili odchodzą z kwitkiem,
zabierając ciała zwierząt. Chyba nawet mnie nie zauważyli. Po minucie na dach
wpada rozczochrana Zoey.
- Matko Boska! – krzyczy i przytula nas oboje. Chwilę stoimy
w uścisku. Mentorka puszcza nas, kiedy Mikey zaczyna się krztusić. Pokrótce
opowiadamy jej co zaszło, a ona raz jest przerażona, raz szczęśliwa a raz
zdziwiona. Na koniec opowieści robi minę uznania, poczym odzywa się.
- No, jestem pewna, że teraz nie będzie chcieli spać na
dachu – cmoka. Oh, Zoey, jak ty dobrze mnie rozumiesz.
Wędrujemy na niższe poziomy. Przydzielają mnie do zapasowego
pomieszczenia, w którym jest tylko łóżko i szafa. I Gerwazy. Siedzi na moim
posłaniu i zanosi się śmiechem.
- Ha, ha – mówię wolno i z wyrzutem. Gerwazy nerwowo ociera
łzy radości po czym wstaje, nadal chichocząc, przytula mnie i zaczyna opowiadać
o strojach, jakie dla mnie przygotował.
- Więc tak – zaczyna, znowu wyjąc jak kot. Jego głos mnie
dobija. Unoszę lekko kąciki warg. – Na wywiad – już głośno ryczę, jego głos
działa na mnie jak łaskotki, których na ciele mi nie brak. – przygotowałem dla
ciebie to – wyjmuje pokrowiec. Spodziewam się sukienki, ale Gerwazy wyjmuje
komplet składający się z czarnych spodni, kremowej, zwiewnej bluzki na szerokich
ramiączkach i koturnów w tym samym kolorze. Mój stylista przygotował mi też wisiorek
z diamentem – przynajmniej to wygląda jak diament – i taką samą opaskę. – Włosy
rozpuścisz – tłumaczy.
- A na arenę? – pytam. Gerwazy zanosi się śmiechem.
- Organizatorzy wybiorą dla was stroje, odpowiednie do
rodzaju areny – mówi. Wyobrażam sobie futrzany kożuch lub płaszcz
przeciwdeszczowy. Robi mi się słabo. Gerwazy przez chwilę jeszcze opowiada o
moim ubraniu, po czym żegna się ze mną i wychodzi. Po chwili również opuszczam
pomieszczenie z szamponem i ręcznikiem w ręce, ale gdy otwieram drzwi, trafiam
całą trójkę w nos: Gerwazy, Mikey i Zoey stoją i przecierają twarze. Musieli
mnie podsłuchiwać. Bogu dzięki, że nie płakałam ani nie robiłam noc głupiego. W
zasadzie nic nie robiłam, więc sytuacja bardziej bawi mnie niż złości, lecz
przybieram surowy wyraz twarzy i stanowczo zaczynam wykład o prywatności
przysługującej obywatelom tak wspaniałego państwa, jakim jest Panem.
- Widzicie więc, dlatego nie wolno podsłuchiwać bliźnich –
kończę po kilku minutach gadaniny. Potakują głowami i grzecznie wracają do
swoich pokoi, a ja ruszam do łazienki.
Po kąpieli siedzę na łóżku i rozmyślam o igrzyskach. Na jaką
arenę trafimy? Czy uda mi się wygrać? Nie, to niemożliwe. Zapewne każdy dobry
człowiek na moim miejscu postanowiłby teraz za wszelką cenę ochronić Mikey’a od
śmierci. Ale ja nie jestem dobrym człowiekiem, poza tym prawie w ogóle go nie znam. Jeśli nagrali nas podczas
przytulenia, to przecież nic nie znaczy. Nawet nie wiem, jak ma na nazwisko, z
resztą wszystko mi jedno. Jedyne co postanawiam w związku z nim, to to, że
postaram się go nie zabić. Ucieknę jak najdalej od niego, a jeśli pójdzie za
mną, to po nim. Muszę, muszę wrócić. Zobaczyć dom, chociażby spalony. Ujrzeć
groby bliskich, poczuć znajomy zapach. Postanawiam, że za wszelką cenę postaram
się zwyciężyć. Z tym postanowieniem zapadam w sen.
O dziewiątej budzi mnie Zoey. Mamy godzinę do treningu.
Ubieram się w wygodny strój jaki znajduję w szafie i schodzę do kuchni po
śniadanie. Zjadam obfitą porcję grzanek z jajkami i bekonem, po czym idę z Zoey
na najniższe piętro. Mikey’a nigdzie nie widzę. Zostało pół godziny do
treningu. Zoey próbuje wyjaśnić mi podstawowe zasady igrzysk.
- Szybko biegasz? – pyta. Oh, dziękuję ci Zoey, że zadałaś
to pytanie! Uwielbiam biegać, jestem tak szybka, że w ciągu dziesięciu sekund
potrafię przebiec dystans równy mili. To
samo mówię Zoey, która kiwa mi z aprobatą. Nic dziwnego, chyba nikt nie umie
tak biegać.
- Znajdziecie się na tarczach wokół budowli zwanej Rogiem
Obfitości. Tam znajdują się wszystkie potrzebne przedmioty: broń, jedzenie,
woda, lekarstwa i inne rzeczy. Musisz jak najszybciej dobiec do rogu, wziąć co
ci najpotrzebniejsze i zwiewać gdzie pieprz rośnie. Rozumiesz? – mówi.
- Czyli od razu po dotarciu na arenę mam biec do Rogu? –
upewniam się. Zoey kręci głową.
- Zapomniałabym o najważniejszym – zniża głos do szeptu, nie
wiem dlaczego. W sali jesteśmy tylko my. – Musisz odczekać sześćdziesiąt
sekund, zanim wystartujesz. Teren wokół tarcz jest zaminowany. Jeśli wystawisz
palec poza tarczę przed upływem minuty, już nie żyjesz.
- Czy tylko ja o tym wiem? – pytam się. Kiwa głową. – A
Mikey? – Zoey robi niepewną minę, jakby sprawdzała, czy może mi zaufać. W końcu
decyduje się na krótką odpowiedź, bo do sali zaczęli wchodzić pozostali
trybuci. – Wiesz, wygrać może tylko jedno z was. – Tyle, odchodzi, a ja
zastanawiam się nad jej słowami. Wybrała mnie, to dobrze – przekonuję sama
siebie. Tak, to bardzo dobrze. Wygra tylko jeden. Po raz pierwszy rozglądam się
po sali. Widzę różne stanowiska: łucznicze, rzucania nożami, rozpoznawania
roślin, wiązania węzłów, rozpalania ognia. Na środek pomieszczenia wychodzi
krępa kobieta. Upewniwszy się, że w sali znajduje się dokładnie dwudziestu
sześciu zawodników, zaczyna mówić.
- Nazywam się Alicia Steward. Będę nadzorować wasze treningi.
Możecie zaczynać – zezwala i oddala się ku ławie. Na niej siedzą też inni
ludzie; domyślam się, że to nasi potencjalni sponsorzy. I jak tu nie przepuścić
takiej okazji – muszę pokazać, co umiem najlepiej. Na początek idę do
stanowiska łucznictwa, bo uważam, że to będzie najbardziej przydatne. Mikey
wlecze się za mną, ale odpędzam go. Już wie, że nie ma szans na sojusz.
Podchodzę do faceta od łuków i przeglądam broń. Wyciągam rękę po pierwszy
lepszy łuk i wypuszczam strzałę; trafia w sam środek tarczy.
- Marnie mi idzie – jęczę.
- Panno Huggerson, to było doskonałe! – krzyczy facet, ale
tylko mnie zniechęca. Wyznaję mu prawdę.
- Celowałam do tej dwa metry dalej – mówię z przekąsem i
zostawiam go z wyrazem zdziwienia na twarzy. Stanowisko z nożami chwilowo jest
puste, więc postanawiam spróbować swoich sił. Na początku zamiast w serce
trafiam w okolice żołądka, z czasem idzie mi coraz lepiej. Spędzam tam z pół
godziny, po czym zwalniam stanowisko dla Trójki. Mija wiele czasu, zanim
znajduję MÓJ typ broni. Zahaczam o
trujące strzałki, dmuchawki z kulkami, , kopie, maczugi, sztylety a nawet
szable, aż w końcu odnajduję to, co idzie mi PERFEKCYJNIE. Kusza. Kiedy tylko
dotykam jej palcami, czuję przyjemne drżenie. Od razu wiem, że muszę ją zdobyć
przy Rogu. Pewnie ją podnoszę i z zamkniętymi oczami wypuszczam strzałę. Trafia
prosto w serce kukły, tam, gdzie chciałam. Facet bije mi brawo, a pozostali
trybuci spoglądają na mnie. Pośpiesznie odgrywam teatrzyk i krzyczę, że
celowałam do innego celu, co skutecznie odwraca uwagę przeciwników. Nie chcę,
by ktoś dowiedział się o moich umiejętnościach. Zerkam na sponsorów;
zainteresowani są pieczenią cielęcą. Nabieram pewności, że tylko facet od kusz
widział mój postępek. Nie tylko. Mikey stoi za mną i patrzy z podziwem.
- Celowałam gdzie indziej! – powtarzam ze złością i
odchodzę. Muszę zachować to w tajemnicy. Żeby odwrócić od siebie powszechne
zainteresowanie, idę do stanowiska z pułapkami. Radzę sobie, cóż, znośnie.
Umiem zrobić podstawowe sidła, a po chwili już radzę sobie z tymi
średniozaawansowanymi. Na te trudne nawet nie mam szans, więc daję sobie z tym
spokój. Przy stanowisku rozpalania ognia spędzam więcej czasu: nie mogę wydobyć
iskry, to po prostu niemożliwe. Po godzinie spod mojego krzemienia tryska
płomień. Krzyczę na całą salę, nie zwracając uwagi na dezaprobatę tłumu.
- Uhu, uhu, zrobiłam to! Zrobiłam! Zrobiłam! Juhuuuuu! –
opanowuję się i cicho podążam do stanowiska skradania. Stojąca tam kobieta uczy
mnie, jak stawiać stopy by nie płoszyć określonego rodzaju zwierzyny a
odstraszyć drapieżniki. Informuje mnie też, żeby przy każdym kroku zginać
kolana bardzo mocno, bo w ten sposób zrobię mniej widoczne ślady. Chce, bym
zademonstrowała jej swoją gibkość, więc ze znudzeniem robię dwa rodzaje
szpagatu, gwiazdę i salto w tył. Znowu udaje mi się zachować to w tajemnicy, bo
wszyscy oprócz mnie i kobiety od skradania patrzą, jak trybut z Jedenastki
rzuca nożem w ruchome cele. Moja nauczycielka uznaje, że umiem już dość dużo, i
odsyła mnie do stanowiska z roślinami. Chwilę przeglądam zapasy faceta, który
tam stoi, bezbłędnie rozpoznaję kilkanaście gatunków po czym odchodzę.
Wszystkiego nauczyłam się w ogrodzie, nie będę tu marnować czasu. Do końca
treningu pozostały jedynie trzy godziny. Jutro wywiady, pojutrze igrzyska.
Muszę się przygotować. Mam dużą przewagę, bo wiem, że teren jest zaminowany.
Pewnie jakiś nieostrożny gracz zejdzie pierwszy i zginie, co da do myślenia
pozostałym. Ale tylko ja wiem, ile trwa odliczanie. Pewnie zabrzmi jakiś gong,
ale nikt nie będzie wiedział, co to oznacza. Przez następną godzinę oglądam
moich przeciwników, nie zauważam jednak nic szczególnego. Nagle z tłumu
sponsorów wychodzi Alicia i nakazuje:
- Proszę przerwać treningi! Teraz odbędą się pokazy
sprawności. Od Trzynastki w dół chłopak i dziewczyna kolejno będą wychodzić z
pomieszczenia, do którego zaraz traficie. Macie piętnaście minut na pokazanie
co umiecie. Wystawimy wam ocenę od jeden do dwunastu, w zależności od poziomu
prezentacji. Tymczasem, proszę za mną – prowadzi nas do małego pomieszczenia.
Zostawia nas w środku a sama wraca do pomieszczenia treningowego. Po kilku
minutach słyszymy nazwisko: ,,Mikey Williams’’. Mikey niepewnie wychodzi z
sali, a ja czekam na swoją kolej. A więc jego nazwisko to Williams. Dziwne.
Znam ludzi z Trzynastki i wiem, że niemal każde nazwisko ma końcówkę ,,son’’.
Anderson, Huggerson i tak dalej. Nieważne, muszę się skupić. Zostaliśmy
poinformowani, że tylko sponsorzy i dany trybut będą wiedzieli, co pokazał.
Decyduję się więc pobiegać, porobić salta i oczywiście postrzelać z kuszy,
ewentualnie rzucę jakimś nożem. Może dostanę z siódemkę? ,,Luiza Huggerson’’ –
słyszymy. Przełykam głośno ślinę i wchodzę do sali treningowej.
Nic się nie zmieniło, poza tym, że wszystko trafiło do stanu
,,zero’’. Żaden nóż nie leży na
podłodze, żadna strzała nie sterczy z tarczy. Nie mam pojęcia co zrobił Mikey,
na ćwiczeniach nie interesowałam się nim zbytnio. Decyduję się na rundkę
naokoło pomieszczenia. A że jest małe, nie mijają dwie sekundy i już jestem z
powrotem. Słyszę, jak ktoś gwiżdże z podziwem. Uśmiecham się pod nosem i
wędruję do stanowiska kuszy. Oczywiście nie idę o tak o, tylko skradam się
najciszej jak potrafię, przy okazji robiąc bezszelestną gwiazdę i salto nad
symboliczną kłodą przy stanowisku kamuflażu. Docieram do kuszy. Biorę kawałek
bandaża z punktu pierwszej pomocy znajdującego się na wyciągnięcie ręki i
zawiązuję sobie oczy, przedtem zerkając na zegar. Mam dziesięć minut. Upewniam
się, że opaska ściśnięta jest mocno i zaczynam strzelać. Mówię głośno: tarcza, żeby mieli pewność, gdzie
celuję. Wypuszczam strzałę. Sądząc po okrzyku podziwu, trafiłam w środek.
Zadowolona z siebie mówię: serce kukły i
strzelam. Znów ochy i achy. Trafiony. Namyślam się, czy zrobić to, co chcę
zrobić, ale w końcu mówię. Oko. Wśród
sponsorów zalega grobowa cisza. Skupiam się najmocniej jak potrafię. W myślach
wypracowuję obraz kukły, trajektorię lotu strzały i odległość. Zawsze
matematyka była moją mocną stroną. Ustawiwszy odpowiednio kuszę, wypuszczam
strzałę. Czekam. Nic się nie dzieje. Czyżbym nie trafiła? Nerwowo zdejmuję
opaskę. Wszystko w porządku. Strzała tkwi w oku kukły, druga w sercu, trzecia w
centrum tarczy. Sponsorzy wpatrują się we mnie szeroko otwartymi oczami. Chyba
zaniemówili. Pora na pokaz gimnastyki, mam trzy minuty. Wspinam się na szczyt
stanowiska wspinaczki, odpinam linkę asekuracyjną i zjeżdżam jak na lianie. W
połowie drogi nad ziemią zeskakuję, i robiąc efektowne dwa salta wprzód ląduję
na ziemi eleganckim szpagatem, w chwili, gdy gong obwieszcza koniec mojego
pokazu. Alicia zdobywa się na trzy słowa.
- Dziękujemy, panno Huggerson.
***
Wychodzę z sali, dochodząc do wniosku, że jej wylot to nie
wylot, tylko drzwi prosto do windy. Wchodzę do środka i jadę prosto na piętro
Zoey. Mikey już siedzi w salonie obok naszej mentorki. Widać czekali na mnie,
bo Zoey zaraz wybuchnie z podekscytowania. Do salonu wchodzi Gerwazy i kobieta
w sukni ślubnej, stylistka Mikey’a. Spod jej oczu spływają czarne strużki.
- Bella, spokojnie – mówi Zoey krzepiącym tonem. Bella
zajmuje miejsce obok Gerwazego i Mikey zaczyna opowieść.
- Więc… Zasłużyłem na jedynkę – mówi bez ogródek. Zoey
śmieje się.
- Nie mów tak – odzywa się mentorka. – Powiedz lepiej, co
zrobiłeś.
- Cały trening łaziłem za Lizzy! – wybucha. – Nic! Nie umiem
NIC! Ani strzelać, ani rzucać, ani nawet rozpalić ogniska! – Zoey słucha z
uwagą. Jej mina powoli rzednie. – Jest jednak jedna rzecz, którą umiem. – Twarz
Zoey się rozjaśnia. – Rozpoznawanie roślin. Lizzy nauczyła mnie tego w
ogrodzie, więc rozpoznałem jakieś trzy czwarte gatunków ze stanowiska.
Wymieniłem im też sposoby zastosowania igły sosnowej.
- Cóż – mówi Zoey. – Jedynkę dostają ci, którzy nie pokazali
nic. Według mnie masz szansę na… Hm, cztery? Bądźmy dobrej myśli. No, a ty,
Luizo? – mruga do mnie. Zaczynam opowiadać o moich wyczynach. Jak to
przebiegłam okrąg w niecałe dwie sekundy, jak się skradałam, jak strzelałam z
zawiązanymi oczami. Opisałam zachwyt sponsorów, kończąc moją opowieść na
efektownym pokazie gimnastyki. Bella przestaje płakać, Gerwazy bije mi brawo a
Zoey cmoka z podziwem. Zerkam na Mikey’a. Jego twarz płonie zazdrością.
Pośpiesznie odwracam wzrok. Zoey chyba też to zauważa, po próbuje załagodzić
sytuację.
- Dzieci, może pójdziecie
już do łóżek? Jest późno, a… - nie zdąża dokończyć.
- To żałosne! To niesprawiedliwe! – krzyczy Mikey. Jego
twarz jest czerwona od gniewu. – Dlaczego? Dlaczego to ona tyle umie? Dlaczego
to nie ja jestem mądry, szybki i przekonujący? Nie mam pojęcia o co w tym
wszystkim chodzi! I co, nawet nikt mi
nic nie doradził! I jak ja mam przeżyć? Bo rozumie się, że to ja przeżyję – kończy
pytającym głosem. Siedzimy w milczeniu. Dzięki ci, dobry Boże, że Mikey jest
głupi jak but. – No, i to rozumiem! – promienieje. – Wybacz, Luizo Huggerson,
to nie ty wrócisz do domu! To ja do niego wrócę! Ha, ha! – ryczy triumfalnie.
Trybuci wracający do pokoi zaglądają do nas przez jego wrzaski. – I co? Jesteś
głupia jak koza, a twoje mierne umiejętności w niczym ci nie pomogą! – cichnie,
bo rozpoczyna się audycja. Pokazują wyniki od Jedynki w górę. Wszyscy z
dystryktów Jeden i Dwa otrzymali dziewiątki. Dziewczyna z Trójki zdobyła
siódemkę a chłopak szóstkę. Czwórka zdobyła po osiem punktów. Trybuci z Piątki
dostali po szóstce. Dziwi mnie wynik chłopaka z Szóstki – jedenaście punktów.
Dziewczyna zdobyła pięć. Trybuci z Siódemki dostali po liczbie swojego
dystryktu. Dziewczyna z Ósemki ma szóstkę a chłopak siódemkę. Trybuci z
Dziewiątki gorzej sobie poradzili – mają po czwórce. Dziesiątka i Jedenastka
uzyskały wyniki pięć i siedem. Trybuci z Dwunastki. Dziewczyna zdobyła siedem
punktów, chłopak dziewięć. Dochodzimy do Trzynastki. Mikey dostaje… Dwa. Nie
wzrusza go to jednak, nadal myśli, że wygra. Nadchodzi kolej na mnie. Na
ekranie tryskają fajerwerki, a pod moim wyjątkowo udanym zdjęciem połyskuje
złota, wielka liczba: DWANAŚCIE. Mikey
wychodzi obrażony. Zmieniam zdanie. Ja chcę go zabić. Mówię to Zoey, na co ona
odpowiada:
- Poczekaj, jeszcze trochę. Pamiętaj, po minucie bierz co
niezbędne i wiej gdzie pieprz rośnie. Dziękuję jej za rady.
- Ile Mikey ma tak właściwie lat?- pytam na odchodnym.
- Eh, czternaście – mówi Zoey niechętnie. Cóż, wygląd nie
zawsze mówi prawdę.
- Wychodzę spać.
- Dobranoc.
***
Następnego dnia Zoey budzi mnie bardzo wcześnie. Pytam o
Mikey’a, ale ona mówi mi, że będzie spał do późna, o ile sam nie wstanie, bo na
przygotowanie jego potrzeba mniej czasu. – No i opowiem ci coś więcej –
szepcze. Posłusznie wstaję, jem śniadanie i idę do pokoju stylisty, gdzie czeka
na mnie Gerwazy. Znowu ubrany jest tak samo, ale pachnie świeżo, więc włożył
pewnie inne ubrania, które wyglądają tak samo jak poprzednie. Gerwazy
rozczesuje mi włosy tak, żeby spływały falami.
- Masz bardzo ładny odcień blondu – mówi mi. Zdejmuję
szlafrok, wkładam bluzkę, czarne legginsy i kremowe koturny. Gerwazy dekoruje
moją głowę opaską a szyję naszyjnikiem. Idziemy do studia makijażu, gdzie
pudruje mi policzki na lekki róż a usta
maluje na pastelowo różowo. Dostaję malutkie kolczyki - diamenciki, które pozostaną mi na arenie,
bo uszy będę tu miała przekłute pierwszy raz. Protestuję jednak, więc Gerwazy
zadowala się sztucznymi diamencikami nalepianymi na ucho. Kiedy jestem gotowa,
spryskuje mnie kwiatowymi perfumami i kieruje do Zoey. Mam na sobie strój do
wywiadów, a na nim masę fartuchów i białych chust dla ochrony. Na głowie mam
przezroczysty czepek. Kiedy dochodzę do mojej mentorki, ta już na mnie czeka.
Gestem zaprasza mnie na kanapę i tłumaczy.
- Na wywiadzie musisz mieć wyrobioną osobowość. Więc,
przygotowałam dla ciebie trzy do wyboru: Miła i strachliwa, ostra morderczyni
lub inteligenta, stawiająca na swoim dziewczyna.
- Trzy – mówię bez wahania.
- Od razu to wiedziałam, więc mam przygotowany program
nauczania – mówi. Wyjmuje karteczki i zaczyna mnie uczyć.
- Twój krok ma być pewny – zaczyna Zoey i demonstruje mi,
jak mam chodzić. – Sprężyście, pewnie, ostrożnie – tłumaczy. Próbuję ją
naśladować i stwierdzam, że idzie mi nieźle. Zoey jednak myśli inaczej, więc
piętnaście minut spędzamy na chodzeniu w kółko po sali. Później, z obawy żebym
się nie spociła pomimo że jestem wysmarowana masą dezodorantów, siadamy i pijąc
gazowaną lemoniadę staram się mówić odpowiednio do mojej wyimaginowanej
osobowości. Co chwila wrzucam jakiś interesujący fakcik, upewniam publikę w
przekonaniu, że postaram się wygrać dla nich, szczypię w policzek Zoey udającą
prezentera lub błyskotliwie się uśmiecham. Siedzimy pięć godzin. Do wywiadu
zostaje kilkanaście minut, więc zostaję odesłana do Gerwazego, który zdejmuje
ze mnie białe szamty, opryskuje perfumami i poprawia makijaż. Kiedy jestem już
przy drzwiach miejsca, gdzie będą wywiady, zauważam Mikey’a. Jest w piżamie,
zaspany i zdezorientowany. He, nie wiedziałam, że zaprezentuje się aż tak
żałośnie. Jego wina, mógł wstać wcześniej. Światła mnie oślepiają, dwudziestu
sześciu zawodników wchodzi na salę. Siadamy na krzesłach z numerami naszych
dystryktów i czekamy na swoją kolejkę. Mikey siada obok mnie. Śmierdzi potem i
nieumytymi zębami, cóż, mógł wstać wcześniej. Na środek sali wychodzi starszy
facet z mikrofonem. Wygląda jak typowy kapitolińczyk.
- Nazywam się George Yellowstone i będę prowadził wywiady.
Zapraszamy szanowną panią Amy Leaf, trybutkę z Pierwszego Dystryktu!
Amy wychodzi dumnie. Od razu widać, że zrobili ją na maszynę
do zabijania. Czarna suknia powiewa na wietrze, ostry makijaż przyciąga wzrok.
Odpowiada krótko i zwięźle, zawsze na temat. Każdy zawodnik ma inną osobowość.
Jedni są strachliwi, inni głupi, jeszcze inni postawili na urodę. Kiedy
dochodzi do mnie, przykuwam uwagę widzów. Jako jedyna dziewczyna mam spodnie.
Pamiętając o radach Zoey idę sprężyście, pewnie i ostrożnie. Docieram do
Georga, którye zadaje pierwsze pytanie.
- Lizzy, co byś powiedziała swojej rodzinie, gdybyś
wiedziała, że cię teraz oglądają?
- Powiedziałabym, że w związku z trajektorią lotu bomby z
silnym ładunkiem wybuchowym podzieloną przez wysokość i liczbę koni
mechanicznych poduszkowca C7, niestety nie mieli szans na przeżycie. – Bredzę
bez sensu, ale ludzie, podobnie jak ja, nie mają pojęcia o technice, więc biją
mi brawo. George zadaje kolejne pytania.
- Ulubiony kolor?
- Biały.
- Najlepszy przyjaciel?
- Wszyscy zginęli po katastrofie – odpowiadam chłodno.
- Powiedz nam coś ciekawego, Lizzy.
- Wasi dzielni Strażnicy Pokoju pokonali groźne stwory,
ratując waszą skórę przed śmiercią – kłamię.
- Dlaczego masz na sobie spodnie?
- Bo tak mi wygodnie, czuję się w nich pewnie.
- Jak to się stało, że dostałaś dwunastkę? – publika
zamiera.
- Nie powiem ze względu na moich przeciwników – uśmiecham
się przymilnie.
- Dlaczego twój kompan ma piżamę? – parskam śmiechem, a
ośmielona publiczność za mną.
- Po pierwsze, on nie jest moim kompanem, po drugie, nie mam
pojęcia. Pewnie jest zbyt głupi, żeby się
przebrać.
- Lizzy, wygrasz to?
- Postaram się. – Brzęczyk obwieszcza koniec mojego czasu.
Wychodzę spod wzroku kamer i przysiadam na krześle. Mikey już siedzi obok
Georga. Odpowiada zupełnie nie na temat. Już wiem, że inni wezmą go na swój
cel. Ja też.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz