czwartek, 2 kwietnia 2015

Rozdział III

Hey :* Tak wgl tro zauważyliście, że rozdział nie jet dzień po poprzednim? XD U mnie jest wszystko ok, wcinam sobie płatki kukurydziane polane miodem i już mnie mdli od słodkiego, ale co poradzić. A tak na marginesie dowiedziałam się, że dostanę Iphone 5s, więc się cieszę ogromnie.
Rozdział na 7 stron w Wordzie, więc jak na moje chęci to zaszalałam ;-; No, koniec gadania. Read.
~ Primrose.
***


Ostrożnie wychylam się zza krzaka, dając ręką znak Mikey’owi, by się nie poruszał. Przypomina to arenę, ale jeszcze nią nie jest. Podchodzę do najbliższej pumy i z obrzydzeniem przymykam oczy. Od brzucha w górę puma jest przypalona do żywego mięsa. Leży w kałuży krwi, jak inne zwierzęta. Wielki wilk przyjął chyba najmocniejsze uderzenie, bo rozerwało go na dwie części. Oczy wciąż ma otwarte.
W tej samej chwili na dach wlewa się strumień Strażników Pokoju, uzbrojonych w rozpylacze usypiającego gazu. Jeden trzyma za kark młodego liska, który wyskoczył pierwszy. On jeden jeszcze żyje; wierzga wściekle i próbuje ugryźć Strażnika w nadgarstek. Strażnicy robią wielkie oczy. Nikt nie wierzy, że nie trzeba interweniować. Po chwili odchodzą z kwitkiem, zabierając ciała zwierząt. Chyba nawet mnie nie zauważyli. Po minucie na dach wpada rozczochrana Zoey.
- Matko Boska! – krzyczy i przytula nas oboje. Chwilę stoimy w uścisku. Mentorka puszcza nas, kiedy Mikey zaczyna się krztusić. Pokrótce opowiadamy jej co zaszło, a ona raz jest przerażona, raz szczęśliwa a raz zdziwiona. Na koniec opowieści robi minę uznania, poczym odzywa się.
- No, jestem pewna, że teraz nie będzie chcieli spać na dachu – cmoka. Oh, Zoey, jak ty dobrze mnie rozumiesz.
Wędrujemy na niższe poziomy. Przydzielają mnie do zapasowego pomieszczenia, w którym jest tylko łóżko i szafa. I Gerwazy. Siedzi na moim posłaniu i zanosi się śmiechem.
- Ha, ha – mówię wolno i z wyrzutem. Gerwazy nerwowo ociera łzy radości po czym wstaje, nadal chichocząc, przytula mnie i zaczyna opowiadać o strojach, jakie dla mnie przygotował.
- Więc tak – zaczyna, znowu wyjąc jak kot. Jego głos mnie dobija. Unoszę lekko kąciki warg. – Na wywiad – już głośno ryczę, jego głos działa na mnie jak łaskotki, których na ciele mi nie brak. – przygotowałem dla ciebie to – wyjmuje pokrowiec. Spodziewam się sukienki, ale Gerwazy wyjmuje komplet składający się z czarnych spodni, kremowej, zwiewnej bluzki na szerokich ramiączkach i koturnów w tym samym kolorze. Mój stylista przygotował mi też wisiorek z diamentem – przynajmniej to wygląda jak diament – i taką samą opaskę. – Włosy rozpuścisz – tłumaczy.
- A na arenę? – pytam. Gerwazy zanosi się śmiechem.
- Organizatorzy wybiorą dla was stroje, odpowiednie do rodzaju areny – mówi. Wyobrażam sobie futrzany kożuch lub płaszcz przeciwdeszczowy. Robi mi się słabo. Gerwazy przez chwilę jeszcze opowiada o moim ubraniu, po czym żegna się ze mną i wychodzi. Po chwili również opuszczam pomieszczenie z szamponem i ręcznikiem w ręce, ale gdy otwieram drzwi, trafiam całą trójkę w nos: Gerwazy, Mikey i Zoey stoją i przecierają twarze. Musieli mnie podsłuchiwać. Bogu dzięki, że nie płakałam ani nie robiłam noc głupiego. W zasadzie nic nie robiłam, więc sytuacja bardziej bawi mnie niż złości, lecz przybieram surowy wyraz twarzy i stanowczo zaczynam wykład o prywatności przysługującej obywatelom tak wspaniałego państwa, jakim jest Panem.
- Widzicie więc, dlatego nie wolno podsłuchiwać bliźnich – kończę po kilku minutach gadaniny. Potakują głowami i grzecznie wracają do swoich pokoi, a ja ruszam do łazienki.
Po kąpieli siedzę na łóżku i rozmyślam o igrzyskach. Na jaką arenę trafimy? Czy uda mi się wygrać? Nie, to niemożliwe. Zapewne każdy dobry człowiek na moim miejscu postanowiłby teraz za wszelką cenę ochronić Mikey’a od śmierci. Ale ja nie jestem dobrym człowiekiem, poza tym prawie w ogóle  go nie znam. Jeśli nagrali nas podczas przytulenia, to przecież nic nie znaczy. Nawet nie wiem, jak ma na nazwisko, z resztą wszystko mi jedno. Jedyne co postanawiam w związku z nim, to to, że postaram się go nie zabić. Ucieknę jak najdalej od niego, a jeśli pójdzie za mną, to po nim. Muszę, muszę wrócić. Zobaczyć dom, chociażby spalony. Ujrzeć groby bliskich, poczuć znajomy zapach. Postanawiam, że za wszelką cenę postaram się zwyciężyć. Z tym postanowieniem zapadam w sen.
O dziewiątej budzi mnie Zoey. Mamy godzinę do treningu. Ubieram się w wygodny strój jaki znajduję w szafie i schodzę do kuchni po śniadanie. Zjadam obfitą porcję grzanek z jajkami i bekonem, po czym idę z Zoey na najniższe piętro. Mikey’a nigdzie nie widzę. Zostało pół godziny do treningu. Zoey próbuje wyjaśnić mi podstawowe zasady igrzysk.
- Szybko biegasz? – pyta. Oh, dziękuję ci Zoey, że zadałaś to pytanie! Uwielbiam biegać, jestem tak szybka, że w ciągu dziesięciu sekund potrafię przebiec dystans równy mili.  To samo mówię Zoey, która kiwa mi z aprobatą. Nic dziwnego, chyba nikt nie umie tak biegać.
- Znajdziecie się na tarczach wokół budowli zwanej Rogiem Obfitości. Tam znajdują się wszystkie potrzebne przedmioty: broń, jedzenie, woda, lekarstwa i inne rzeczy. Musisz jak najszybciej dobiec do rogu, wziąć co ci najpotrzebniejsze i zwiewać gdzie pieprz rośnie. Rozumiesz? – mówi.
- Czyli od razu po dotarciu na arenę mam biec do Rogu? – upewniam się. Zoey kręci głową.
- Zapomniałabym o najważniejszym – zniża głos do szeptu, nie wiem dlaczego. W sali jesteśmy tylko my. – Musisz odczekać sześćdziesiąt sekund, zanim wystartujesz. Teren wokół tarcz jest zaminowany. Jeśli wystawisz palec poza tarczę przed upływem minuty, już nie żyjesz.
- Czy tylko ja o tym wiem? – pytam się. Kiwa głową. – A Mikey? – Zoey robi niepewną minę, jakby sprawdzała, czy może mi zaufać. W końcu decyduje się na krótką odpowiedź, bo do sali zaczęli wchodzić pozostali trybuci. – Wiesz, wygrać może tylko jedno z was. – Tyle, odchodzi, a ja zastanawiam się nad jej słowami. Wybrała mnie, to dobrze – przekonuję sama siebie. Tak, to bardzo dobrze. Wygra tylko jeden. Po raz pierwszy rozglądam się po sali. Widzę różne stanowiska: łucznicze, rzucania nożami, rozpoznawania roślin, wiązania węzłów, rozpalania ognia. Na środek pomieszczenia wychodzi krępa kobieta. Upewniwszy się, że w sali znajduje się dokładnie dwudziestu sześciu zawodników, zaczyna mówić.
- Nazywam się Alicia Steward. Będę nadzorować wasze treningi. Możecie zaczynać – zezwala i oddala się ku ławie. Na niej siedzą też inni ludzie; domyślam się, że to nasi potencjalni sponsorzy. I jak tu nie przepuścić takiej okazji – muszę pokazać, co umiem najlepiej. Na początek idę do stanowiska łucznictwa, bo uważam, że to będzie najbardziej przydatne. Mikey wlecze się za mną, ale odpędzam go. Już wie, że nie ma szans na sojusz. Podchodzę do faceta od łuków i przeglądam broń. Wyciągam rękę po pierwszy lepszy łuk i wypuszczam strzałę; trafia w sam środek tarczy.
- Marnie mi idzie – jęczę.
- Panno Huggerson, to było doskonałe! – krzyczy facet, ale tylko mnie zniechęca. Wyznaję mu prawdę.
- Celowałam do tej dwa metry dalej – mówię z przekąsem i zostawiam go z wyrazem zdziwienia na twarzy. Stanowisko z nożami chwilowo jest puste, więc postanawiam spróbować swoich sił. Na początku zamiast w serce trafiam w okolice żołądka, z czasem idzie mi coraz lepiej. Spędzam tam z pół godziny, po czym zwalniam stanowisko dla Trójki. Mija wiele czasu, zanim znajduję MÓJ typ broni. Zahaczam  o trujące strzałki, dmuchawki z kulkami, , kopie, maczugi, sztylety a nawet szable, aż w końcu odnajduję to, co idzie mi PERFEKCYJNIE. Kusza. Kiedy tylko dotykam jej palcami, czuję przyjemne drżenie. Od razu wiem, że muszę ją zdobyć przy Rogu. Pewnie ją podnoszę i z zamkniętymi oczami wypuszczam strzałę. Trafia prosto w serce kukły, tam, gdzie chciałam. Facet bije mi brawo, a pozostali trybuci spoglądają na mnie. Pośpiesznie odgrywam teatrzyk i krzyczę, że celowałam do innego celu, co skutecznie odwraca uwagę przeciwników. Nie chcę, by ktoś dowiedział się o moich umiejętnościach. Zerkam na sponsorów; zainteresowani są pieczenią cielęcą. Nabieram pewności, że tylko facet od kusz widział mój postępek. Nie tylko. Mikey stoi za mną i patrzy z podziwem.
- Celowałam gdzie indziej! – powtarzam ze złością i odchodzę. Muszę zachować to w tajemnicy. Żeby odwrócić od siebie powszechne zainteresowanie, idę do stanowiska z pułapkami. Radzę sobie, cóż, znośnie. Umiem zrobić podstawowe sidła, a po chwili już radzę sobie z tymi średniozaawansowanymi. Na te trudne nawet nie mam szans, więc daję sobie z tym spokój. Przy stanowisku rozpalania ognia spędzam więcej czasu: nie mogę wydobyć iskry, to po prostu niemożliwe. Po godzinie spod mojego krzemienia tryska płomień. Krzyczę na całą salę, nie zwracając uwagi na dezaprobatę tłumu.
- Uhu, uhu, zrobiłam to! Zrobiłam! Zrobiłam! Juhuuuuu! – opanowuję się i cicho podążam do stanowiska skradania. Stojąca tam kobieta uczy mnie, jak stawiać stopy by nie płoszyć określonego rodzaju zwierzyny a odstraszyć drapieżniki. Informuje mnie też, żeby przy każdym kroku zginać kolana bardzo mocno, bo w ten sposób zrobię mniej widoczne ślady. Chce, bym zademonstrowała jej swoją gibkość, więc ze znudzeniem robię dwa rodzaje szpagatu, gwiazdę i salto w tył. Znowu udaje mi się zachować to w tajemnicy, bo wszyscy oprócz mnie i kobiety od skradania patrzą, jak trybut z Jedenastki rzuca nożem w ruchome cele. Moja nauczycielka uznaje, że umiem już dość dużo, i odsyła mnie do stanowiska z roślinami. Chwilę przeglądam zapasy faceta, który tam stoi, bezbłędnie rozpoznaję kilkanaście gatunków po czym odchodzę. Wszystkiego nauczyłam się w ogrodzie, nie będę tu marnować czasu. Do końca treningu pozostały jedynie trzy godziny. Jutro wywiady, pojutrze igrzyska. Muszę się przygotować. Mam dużą przewagę, bo wiem, że teren jest zaminowany. Pewnie jakiś nieostrożny gracz zejdzie pierwszy i zginie, co da do myślenia pozostałym. Ale tylko ja wiem, ile trwa odliczanie. Pewnie zabrzmi jakiś gong, ale nikt nie będzie wiedział, co to oznacza. Przez następną godzinę oglądam moich przeciwników, nie zauważam jednak nic szczególnego. Nagle z tłumu sponsorów wychodzi Alicia i nakazuje:
- Proszę przerwać treningi! Teraz odbędą się pokazy sprawności. Od Trzynastki w dół chłopak i dziewczyna kolejno będą wychodzić z pomieszczenia, do którego zaraz traficie. Macie piętnaście minut na pokazanie co umiecie. Wystawimy wam ocenę od jeden do dwunastu, w zależności od poziomu prezentacji. Tymczasem, proszę za mną – prowadzi nas do małego pomieszczenia. Zostawia nas w środku a sama wraca do pomieszczenia treningowego. Po kilku minutach słyszymy nazwisko: ,,Mikey Williams’’. Mikey niepewnie wychodzi z sali, a ja czekam na swoją kolej. A więc jego nazwisko to Williams. Dziwne. Znam ludzi z Trzynastki i wiem, że niemal każde nazwisko ma końcówkę ,,son’’. Anderson, Huggerson i tak dalej. Nieważne, muszę się skupić. Zostaliśmy poinformowani, że tylko sponsorzy i dany trybut będą wiedzieli, co pokazał. Decyduję się więc pobiegać, porobić salta i oczywiście postrzelać z kuszy, ewentualnie rzucę jakimś nożem. Może dostanę z siódemkę? ,,Luiza Huggerson’’ – słyszymy. Przełykam głośno ślinę i wchodzę do sali treningowej.
Nic się nie zmieniło, poza tym, że wszystko trafiło do stanu ,,zero’’.  Żaden nóż nie leży na podłodze, żadna strzała nie sterczy z tarczy. Nie mam pojęcia co zrobił Mikey, na ćwiczeniach nie interesowałam się nim zbytnio. Decyduję się na rundkę naokoło pomieszczenia. A że jest małe, nie mijają dwie sekundy i już jestem z powrotem. Słyszę, jak ktoś gwiżdże z podziwem. Uśmiecham się pod nosem i wędruję do stanowiska kuszy. Oczywiście nie idę o tak o, tylko skradam się najciszej jak potrafię, przy okazji robiąc bezszelestną gwiazdę i salto nad symboliczną kłodą przy stanowisku kamuflażu. Docieram do kuszy. Biorę kawałek bandaża z punktu pierwszej pomocy znajdującego się na wyciągnięcie ręki i zawiązuję sobie oczy, przedtem zerkając na zegar. Mam dziesięć minut. Upewniam się, że opaska ściśnięta jest mocno i zaczynam strzelać. Mówię głośno: tarcza, żeby mieli pewność, gdzie celuję. Wypuszczam strzałę. Sądząc po okrzyku podziwu, trafiłam w środek. Zadowolona z siebie mówię: serce kukły i strzelam. Znów ochy i achy. Trafiony. Namyślam się, czy zrobić to, co chcę zrobić, ale w końcu mówię. Oko. Wśród sponsorów zalega grobowa cisza. Skupiam się najmocniej jak potrafię. W myślach wypracowuję obraz kukły, trajektorię lotu strzały i odległość. Zawsze matematyka była moją mocną stroną. Ustawiwszy odpowiednio kuszę, wypuszczam strzałę. Czekam. Nic się nie dzieje. Czyżbym nie trafiła? Nerwowo zdejmuję opaskę. Wszystko w porządku. Strzała tkwi w oku kukły, druga w sercu, trzecia w centrum tarczy. Sponsorzy wpatrują się we mnie szeroko otwartymi oczami. Chyba zaniemówili. Pora na pokaz gimnastyki, mam trzy minuty. Wspinam się na szczyt stanowiska wspinaczki, odpinam linkę asekuracyjną i zjeżdżam jak na lianie. W połowie drogi nad ziemią zeskakuję, i robiąc efektowne dwa salta wprzód ląduję na ziemi eleganckim szpagatem, w chwili, gdy gong obwieszcza koniec mojego pokazu. Alicia zdobywa się na trzy słowa.
- Dziękujemy, panno Huggerson. 
***
Wychodzę z sali, dochodząc do wniosku, że jej wylot to nie wylot, tylko drzwi prosto do windy. Wchodzę do środka i jadę prosto na piętro Zoey. Mikey już siedzi w salonie obok naszej mentorki. Widać czekali na mnie, bo Zoey zaraz wybuchnie z podekscytowania. Do salonu wchodzi Gerwazy i kobieta w sukni ślubnej, stylistka Mikey’a. Spod jej oczu spływają czarne strużki.
- Bella, spokojnie – mówi Zoey krzepiącym tonem. Bella zajmuje miejsce obok Gerwazego i Mikey zaczyna opowieść.
- Więc… Zasłużyłem na jedynkę – mówi bez ogródek. Zoey śmieje się.
- Nie mów tak – odzywa się mentorka. – Powiedz lepiej, co zrobiłeś.
- Cały trening łaziłem za Lizzy! – wybucha. – Nic! Nie umiem NIC! Ani strzelać, ani rzucać, ani nawet rozpalić ogniska! – Zoey słucha z uwagą. Jej mina powoli rzednie. – Jest jednak jedna rzecz, którą umiem. – Twarz Zoey się rozjaśnia. – Rozpoznawanie roślin. Lizzy nauczyła mnie tego w ogrodzie, więc rozpoznałem jakieś trzy czwarte gatunków ze stanowiska. Wymieniłem im też sposoby zastosowania igły sosnowej.
- Cóż – mówi Zoey. – Jedynkę dostają ci, którzy nie pokazali nic. Według mnie masz szansę na… Hm, cztery? Bądźmy dobrej myśli. No, a ty, Luizo? – mruga do mnie. Zaczynam opowiadać o moich wyczynach. Jak to przebiegłam okrąg w niecałe dwie sekundy, jak się skradałam, jak strzelałam z zawiązanymi oczami. Opisałam zachwyt sponsorów, kończąc moją opowieść na efektownym pokazie gimnastyki. Bella przestaje płakać, Gerwazy bije mi brawo a Zoey cmoka z podziwem. Zerkam na Mikey’a. Jego twarz płonie zazdrością. Pośpiesznie odwracam wzrok. Zoey chyba też to zauważa, po próbuje załagodzić sytuację.
- Dzieci, może pójdziecie  już do łóżek? Jest późno, a… - nie zdąża dokończyć.
- To żałosne! To niesprawiedliwe! – krzyczy Mikey. Jego twarz jest czerwona od gniewu. – Dlaczego? Dlaczego to ona tyle umie? Dlaczego to nie ja jestem mądry, szybki i przekonujący? Nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi! I co, nawet  nikt mi nic nie doradził! I jak ja mam przeżyć? Bo rozumie się, że to ja przeżyję – kończy pytającym głosem. Siedzimy w milczeniu. Dzięki ci, dobry Boże, że Mikey jest głupi jak but. – No, i to rozumiem! – promienieje. – Wybacz, Luizo Huggerson, to nie ty wrócisz do domu! To ja do niego wrócę! Ha, ha! – ryczy triumfalnie. Trybuci wracający do pokoi zaglądają do nas przez jego wrzaski. – I co? Jesteś głupia jak koza, a twoje mierne umiejętności w niczym ci nie pomogą! – cichnie, bo rozpoczyna się audycja. Pokazują wyniki od Jedynki w górę. Wszyscy z dystryktów Jeden i Dwa otrzymali dziewiątki. Dziewczyna z Trójki zdobyła siódemkę a chłopak szóstkę. Czwórka zdobyła po osiem punktów. Trybuci z Piątki dostali po szóstce. Dziwi mnie wynik chłopaka z Szóstki – jedenaście punktów. Dziewczyna zdobyła pięć. Trybuci z Siódemki dostali po liczbie swojego dystryktu. Dziewczyna z Ósemki ma szóstkę a chłopak siódemkę. Trybuci z Dziewiątki gorzej sobie poradzili – mają po czwórce. Dziesiątka i Jedenastka uzyskały wyniki pięć i siedem. Trybuci z Dwunastki. Dziewczyna zdobyła siedem punktów, chłopak dziewięć. Dochodzimy do Trzynastki. Mikey dostaje… Dwa. Nie wzrusza go to jednak, nadal myśli, że wygra. Nadchodzi kolej na mnie. Na ekranie tryskają fajerwerki, a pod moim wyjątkowo udanym zdjęciem połyskuje złota, wielka liczba: DWANAŚCIE.  Mikey wychodzi obrażony. Zmieniam zdanie. Ja chcę go zabić. Mówię to Zoey, na co ona odpowiada:
- Poczekaj, jeszcze trochę. Pamiętaj, po minucie bierz co niezbędne i wiej gdzie pieprz rośnie. Dziękuję jej za rady.
- Ile Mikey ma tak właściwie lat?- pytam na odchodnym.
- Eh, czternaście – mówi Zoey niechętnie. Cóż, wygląd nie zawsze mówi prawdę.
- Wychodzę spać.
- Dobranoc.
***
Następnego dnia Zoey budzi mnie bardzo wcześnie. Pytam o Mikey’a, ale ona mówi mi, że będzie spał do późna, o ile sam nie wstanie, bo na przygotowanie jego potrzeba mniej czasu. – No i opowiem ci coś więcej – szepcze. Posłusznie wstaję, jem śniadanie i idę do pokoju stylisty, gdzie czeka na mnie Gerwazy. Znowu ubrany jest tak samo, ale pachnie świeżo, więc włożył pewnie inne ubrania, które wyglądają tak samo jak poprzednie. Gerwazy rozczesuje mi włosy tak, żeby spływały falami.
- Masz bardzo ładny odcień blondu – mówi mi. Zdejmuję szlafrok, wkładam bluzkę, czarne legginsy i kremowe koturny. Gerwazy dekoruje moją głowę opaską a szyję naszyjnikiem. Idziemy do studia makijażu, gdzie pudruje mi policzki  na lekki róż a usta maluje na pastelowo różowo. Dostaję malutkie kolczyki  - diamenciki, które pozostaną mi na arenie, bo uszy będę tu miała przekłute pierwszy raz. Protestuję jednak, więc Gerwazy zadowala się sztucznymi diamencikami nalepianymi na ucho. Kiedy jestem gotowa, spryskuje mnie kwiatowymi perfumami i kieruje do Zoey. Mam na sobie strój do wywiadów, a na nim masę fartuchów i białych chust dla ochrony. Na głowie mam przezroczysty czepek. Kiedy dochodzę do mojej mentorki, ta już na mnie czeka. Gestem zaprasza mnie na kanapę i tłumaczy.
- Na wywiadzie musisz mieć wyrobioną osobowość. Więc, przygotowałam dla ciebie trzy do wyboru: Miła i strachliwa, ostra morderczyni lub inteligenta, stawiająca na swoim dziewczyna.
- Trzy – mówię bez wahania.
- Od razu to wiedziałam, więc mam przygotowany program nauczania – mówi. Wyjmuje karteczki i zaczyna mnie uczyć.
- Twój krok ma być pewny – zaczyna Zoey i demonstruje mi, jak mam chodzić. – Sprężyście, pewnie, ostrożnie – tłumaczy. Próbuję ją naśladować i stwierdzam, że idzie mi nieźle. Zoey jednak myśli inaczej, więc piętnaście minut spędzamy na chodzeniu w kółko po sali. Później, z obawy żebym się nie spociła pomimo że jestem wysmarowana masą dezodorantów, siadamy i pijąc gazowaną lemoniadę staram się mówić odpowiednio do mojej wyimaginowanej osobowości. Co chwila wrzucam jakiś interesujący fakcik, upewniam publikę w przekonaniu, że postaram się wygrać dla nich, szczypię w policzek Zoey udającą prezentera lub błyskotliwie się uśmiecham. Siedzimy pięć godzin. Do wywiadu zostaje kilkanaście minut, więc zostaję odesłana do Gerwazego, który zdejmuje ze mnie białe szamty, opryskuje perfumami i poprawia makijaż. Kiedy jestem już przy drzwiach miejsca, gdzie będą wywiady, zauważam Mikey’a. Jest w piżamie, zaspany i zdezorientowany. He, nie wiedziałam, że zaprezentuje się aż tak żałośnie. Jego wina, mógł wstać wcześniej. Światła mnie oślepiają, dwudziestu sześciu zawodników wchodzi na salę. Siadamy na krzesłach z numerami naszych dystryktów i czekamy na swoją kolejkę. Mikey siada obok mnie. Śmierdzi potem i nieumytymi zębami, cóż, mógł wstać wcześniej. Na środek sali wychodzi starszy facet z mikrofonem. Wygląda jak typowy kapitolińczyk.
- Nazywam się George Yellowstone i będę prowadził wywiady. Zapraszamy szanowną panią Amy Leaf, trybutkę z Pierwszego Dystryktu!
Amy wychodzi dumnie. Od razu widać, że zrobili ją na maszynę do zabijania. Czarna suknia powiewa na wietrze, ostry makijaż przyciąga wzrok. Odpowiada krótko i zwięźle, zawsze na temat. Każdy zawodnik ma inną osobowość. Jedni są strachliwi, inni głupi, jeszcze inni postawili na urodę. Kiedy dochodzi do mnie, przykuwam uwagę widzów. Jako jedyna dziewczyna mam spodnie. Pamiętając o radach Zoey idę sprężyście, pewnie i ostrożnie. Docieram do Georga, którye zadaje pierwsze pytanie.
- Lizzy, co byś powiedziała swojej rodzinie, gdybyś wiedziała, że cię teraz oglądają?
- Powiedziałabym, że w związku z trajektorią lotu bomby z silnym ładunkiem wybuchowym podzieloną przez wysokość i liczbę koni mechanicznych poduszkowca C7, niestety nie mieli szans na przeżycie. – Bredzę bez sensu, ale ludzie, podobnie jak ja, nie mają pojęcia o technice, więc biją mi brawo. George zadaje kolejne pytania.
- Ulubiony kolor?
- Biały.
- Najlepszy przyjaciel?
- Wszyscy zginęli po katastrofie – odpowiadam chłodno.
- Powiedz nam coś ciekawego, Lizzy.
- Wasi dzielni Strażnicy Pokoju pokonali groźne stwory, ratując waszą skórę przed śmiercią – kłamię.
- Dlaczego masz na sobie spodnie?
- Bo tak mi wygodnie, czuję się w nich pewnie.
- Jak to się stało, że dostałaś dwunastkę? – publika zamiera.
- Nie powiem ze względu na moich przeciwników – uśmiecham się przymilnie.
- Dlaczego twój kompan ma piżamę? – parskam śmiechem, a ośmielona publiczność za mną.
- Po pierwsze, on nie jest moim kompanem, po drugie, nie mam pojęcia. Pewnie  jest zbyt głupi, żeby się przebrać.
- Lizzy, wygrasz to?
- Postaram się. – Brzęczyk obwieszcza koniec mojego czasu. Wychodzę spod wzroku kamer i przysiadam na krześle. Mikey już siedzi obok Georga. Odpowiada zupełnie nie na temat. Już wiem, że inni wezmą go na swój cel. Ja też.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz