wtorek, 31 marca 2015

Rozdział II

Tak, to po prostu śmieszne. Pierwszego dnia prolog, drugiego rozdział, trzeciego też ;-; Trudno, przynajmniej są. Nie idealne, ale są. Ten rozdział osobiście mi się podoba. Zastanawiałam się nad decydującym incydentem czy w ogóle go tu umieszczać, ale zdecydowałam, że najlepiej tak. Enjoy ;*
xoxo, Prim.

***


 Blask reflektorów początkowo mnie oślepia. Ściskam rękę Mikey’a, aby nie upaść. Po chwili jednak dochodzę do siebie. Z chwilą, gdy odzyskuję wzrok, ogłusza mnie ryk publiczności.
Publiczność – dotąd nie zastanawiałam się nad jej istnieniem. Późniejsze pokolenia będą bardziej rozeznane w sytuacji, zarówno widownia jak i trybuci. Większość graczy stoi nieporadnie na rydwanach i uśmiecha się nieśmiało. Ktoś spada z rydwanu i trzeba zatrzymać paradę. Po chwili pochód znowu zostaje wstrzymany, bo jakiś rozentuzjazmowany widz rzucił do rydwanu Piątki kolczastą różę, która trafiła tamtejszą trybutkę prosto w nos. Na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy nowicjuszami. Mikey ściska moją dłoń, żeby nie stracić równowagi. Nie wiemy za bardzo, co zrobić z oczami, więc czasem machamy radośnie i patrzymy widzom w oczy, czasem nasz wzrok tkwi gdzieś daleko na przodzie. Nasze końce wybrały sobie akurat ten moment na załatwienie potrzeb fizjologicznych, więc do nosa dobija mi się okropny smród. Usiłuję oddychać przez usta, ale czując wstrętny posmak, szybko rezygnuję. Reszta demonstracji przebiega bez niespodzianek. Zataczamy koło przy krawędziach rynku i zawijamy do wrót Ośrodka Szkoleniowego, gdzie czeka na nas Zoey.
- Budynek przygotowano na dwanaście dystryktów, więc zobaczymy, co dla was przygotowali – mówi z entuzjazmem. Obawiam się jednak, że o ile nie wywalą nas do jakiejś komórki na mopa, trafimy na dach. Nie mylę się, ale to najlepsze miejsce, jakie mogli dla nas znaleźć.
Dach ma kształt idealnego koła odgrodzonego od przepaści szklaną barierką. Po środku wznosi się ogrzewana zadaszona kopuła, a w niej ogród. Tam właśnie mamy spać. Kiedy wchodzimy do środka, naszym oczom ukazują się dwa wygodne hamaki i koc piknikowy. Zoey już wcześniej poinformowała nas, że korzystamy z łazienki publicznej Ośrodka. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia, bo wszyscy mają prywatne toalety i nikt nie korzysta z publicznej. Jedzenie możemy wziąć z kuchni. Zoey instruuje mnie i Mikey’a, co będziemy robić.
- Spędzicie tu dwa dni – mówi, przeciągając słowa. – Tej nocy macie wolne, ale jutro o dziesiątej zaczynacie szkolenie. Zbiórka na najniższym poziomie. To łatwe, wchodzicie do windy i wciskacie guzik na samym dole. Rozumiecie? – kiwam głową. Mój towarzysz kiwa się nieskładnie, ale po chwili przytakuje. – Dobrze – podejmuje Zoey. – Teraz możecie pójść po jedzenie. – na koniec dodaje tajemniczo:
- Dobrze wykorzystajcie miejsce, w którym się znajdujecie. – I odchodzi. Razem z Mikey’em zjeżdżam windą do kuchni i biorę przygotowany już dla nas koszyk. Mikey chwyta termos z herbatą i plastikową zastawę, po czym ruszamy na dach.
W koszyku znajduję koc piknikowy, jabłka, banany, pomarańcze, kanapki z wędliną, sałatkę z kurczaka i smażone kiełbaski, nie brak też kapitolińskich specjałów, takich jak potrawka z piersi króliczej polana sosem z papai czy pieczeń jagnięca w nieznanej mi roślinie. Rozkładamy jedzenie na kocu i zaczynamy przeżuwać. Mikey rzuca pomarańczę za barierkę, chcą rozwalić ją na jakimś samochodzie wartym miliony. Pomarańcza bez szwanku leci i rozkwasza się na dachu nowiutkiego, czerwonego auta. Z oddali słyszymy alarm i siarczyste przekleństwo, stłumione przez gwar miasta. Widocznie właściciel był w środku. Kiedy Mikey chce rzucić kolejną, ta odskakuje i trafia go w nos. Do moich uszu dobiega brzęczenie.
- Pole siłowe – mruczę, naśladując pana Andrewa. Mikey patrzy się na mnie.
- Nie mogłaś powiedzieć? – mówi z wyrzutem, masując nos. Wracamy do kopuły, a ja wspominam słowa Zoey. ,,Dobrze wykorzystajcie miejsce, w którym się znajdujecie’’. Jesteśmy w ogrodzie. Co w tym szczególnego? Rozmyślam nad sensem zabawy. Nie, igrzyska ton nie zabawa. Teraz dociera do mnie, o co tu chodzi. Wymordują nas. Pozostanie jeden, ten, którego Organizatorzy zechcą uchować od śmierci. Czy będę w stanie kogokolwiek zabić? Nie wiem. Muszę zrobić wszystko, żeby wygrać. Trzynastka, której już nie ma. Mój dom. Podobno mogę wygrać niebotyczne sumy, jeśli zwyciężę. Może… Może starczy na odbudowę choćby części dystryktu? Nadzieje są nikłe, ale moi rodzice zawsze powtarzali mi, że całe życie polega  na nadziei. Z domu wyniosłam wiele a z rodziną łączyła mnie silna więź. Nie mam rodzeństwa, które jest i będzie moim największym marzeniem. Często wyobrażam sobie siebie bawiącą się z rozkosznym maluchem. Powracam do rzeczywistości, kiedy wielka kropla losy rozbryzguje mi się na twarzy. Spoglądam w górę i widzę roślinę. Roślinę… No tak! Ale ze mnie gapa! Przy pniu widzę małą plakietkę. ,,Łykołak. Śmiertelnie trująca.’’ Oto, co mogę się tu nauczyć.
- Mikey! – wołam. Mikey podchodzi, a ja lustruję go wzrokiem. Dopiero teraz uważnie mu się przyglądam. Ma niebieskie, przejrzyste oczy, które zaglądają w moje. Pośpiesznie odwracam wzrok. Mikey jest chudy, wygląda na jakieś szesnaście lat. Ma burzę krótkich blond włosów na głowie, małe usta i zadziwiająco odstające uszy. Nie jest ani brzydki ani specjalnie przystojny.
- Patrz! – wskazuję mu plakietkę. Chwilę stoimy w milczeniu. Nagle z jego ust wydobywa sę westchnienie zrozumienia. Ręką wskazuje mi, żebyśmy szli dalej.
Okrążamy sadzawkę w centrum kopuły i kierujemy się do działu roślin o kuszących, jędrnych owocach. Widzę i rozpoznaję krzaki porzeczek połyskujące w świetle lampy, w oczy rzuca się rozłożysty bananowiec. Mikey sięga po jakiś owoc, przekonany że to jagoda. Przyglądam mu się uważnie.
- Nie rusz! – krzyczę w ostatniej chwili. Przerażony Mikey odrzuca owoc i patrzy na mnie rozszerzonymi oczami. Nie zwracamy uwagi na cichutkie pyknięcie w oddali. Pokazuję mu plakietkę, na którą sama nie spojrzałam, ale jednak rozpoznałam roślinę. ,,Czarny bez. Śmiertelnie trująca’’ – głosi napis. Mikey podchodzi i mnie przytula. Odwzajemniam uścisk i czuję przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele. Spacerujemy dalej. Pokazuję Mikey’owi te rośliny, które znam. Uczę go, jak rozpoznawać wawrzyn od trującego wawrzynka, jak borówkę od wilczej jagody. Po godzinie Mikey recytuje z pamięci sposoby zastosowania igły sosnowej, a ja unoszę kciuk na znak aprobaty. Jak na chłopaka szybko się uczy.
Gdzieś z dołu dobiegają dzwony informujące o tym, że trzeba iść spać. Wracamy do hamaków, a Mikey otwiera usta, by wrzasnąć. W ostatniej chwili zakrywam je dłonią i ciągnę Mikey’a w krzaki. Siedzimy cicho, obserwując zajście.
Na naszym kocu nie pozostało nic prócz porozrywanego plastiku. Resztki pożywienia walają się w promieniu pięciu metrów od naszego obozowiska. W centrum siedzi wielki wilk i toczy pianę z ust. Krew sączy się między jego kłami. Wokół niego w równym okręgu zasiadły inne wilki, a także lisy, pumy, lamparty, lwy i tygrysy. Wielki wilk zasłania coś sobą. Kiedy się przeciąga, widzę fragment zasłanianej rzeczy. Zakrwawiona, ludzka ręka. Mam mdłości. Jakiś lis chwyta zębami kawałek mięsa, niewątpliwie ludzkiego, i zwiewa z nim na koniec koła. Wilk rozgląda się naokoło, jakby sprawdzając, czy w pobliżu nie ma więcej ludzi. Jestem pewna, że zaraz się na nas rzuci. Mimo moich obaw, zwierzęta zdają się bardziej zainteresowane swoimi łapami. Kiedy widzę ich kończyny, już wiem, że to zmieszańce.
U dołu nie mają poduszeczek, jak u kociaka. Mają wielkie, elastyczne poduchy, grube na jakieś pół metra. To dlatego są takie wielkie, przez łapy. Tylko skąd one się tutaj wzięły? Zoey mówiła coś o zwierzętach, ale nie na wolności. Tylko w zagrodzie, otwieranej jednym z ponad miliona guzików. Pomyłka nie wchodzi w grę, jeśli ktoś wciska błędny guzik, uruchamia się zapadnia, transportująca go prosto do Sali rozpraw. Zazwyczaj to tylko niewinni robotnicy, ale zdarzały się wypadki, gdy groźny złoczyńca chciał wykorzystać zmiechy do swoich niecnych celów. W głowie świta mi nieśmiałe wytłumaczenie. Czy… Czy to możliwe, że Mikey… Że Mikey, rzucając jagodą czarnego bzu, trafił w odpowiedni guzik? Mało prawdopodobne, ale może jednak? Może to możliwe? Kto wie, co znaczyło pyknięcie towarzyszące odrzuceniu jagody. Możliwe też, że człowiek, który teraz leży tam martwy, z jakichś powodów wcisnął guzik, narażając siebie i cały Kapitol na śmierć. To drugie jest bardziej prawdopodobne. Pyknięcie jednak coś znaczyło. Tylko co?
Wielki wilk rusza, a zwierzęta za nim. Wychodzą z kopuły gęsiego. Zmasakrowane ciało ma na sobie strzępy białego stroju. Cóż, to penie jakiś nieostrożny Strażnik Pokoju chciał sobie zjechać zapadnią. Nie udało się. Słyszymy dzwony. Orientuję się, że to te wskazują na pójście spać. Tamte oznaczały co innego. Czyżby… Czyżby to był alarm wszczęty na wypuszczenie zmieszańców? Może jednak to my jesteśmy odpowiedzialni za śmierć Strażnika, za śmierć całego Kapitolu? Nie pora się o to martwić. Zwierzęta podchodzą do barierki. Nagle dociera do mnie, po co im poduchy na łapach. Chcą skoczyć. Skoczyć i wymordować ludzkość. Śmieję się w duchu. Nie uda im się. Pomarańcza Mikey’a trafiła przypalona. Zaraz, na pewno nie skoczą wszystkie razem. Nie są aż tak głupie. Jedno skoczy. Jeśli wróci martwe, one zorientują się, że nie mogą skakać. Przypominam sobie incydent z pomarańczą. Przecież pierwsza spadła.
Mały lisek skacze poza barierkę. Tak jak się spodziewałam, słyszę alarm samochodu, potem piskliwy krzyk. Ktoś umarł. Słyszę więcej krzyków i wystrzały. Lisek pewnie jest już martwy. Boję się, że zwierzaki będą skakać po kolei. Ale nie. Ustawiają się na całym okręgu barierek. Na szczeknięcie wielkiego wilka wspinają się na szczyt ogrodzenia i skaczą. Słyszę syk palonej sierści i nieprzyjemny odór. Wszystkie zwierzęta wracają nieżywe.
***

niedziela, 29 marca 2015

Rozdział I

Cześć :) Wiem, że wygląda tak, jakbym napisała rozdział na odwal, bo jest już dziś, ale po prostu złapała mnie wena. No to co, czytajcie ;D
Prim c;

***


- Nazywam się Zoey  Anderson i będę waszą mentorką – odzywa się Zoey, zerkając z ukosa na człowieka w mundurze. – To jest pan Adrew. Pan Adrew jest Strażnikiem Pokoju.
 Kto to strażnik pokoju? – myślę. Zanim zdołam wymówić to na głos, pan Andrew zaraz śpieszy z odpowiedzią.
- Strażnicy Pokoju to specjalistycznie wyszkoleni ludzie, powołani przez Kapitol do utrzymywania porządku na obszarach dystryktów i trzymania w ryzach ewentualnych rebeliantów – mruczy, więc ledwo go słyszę. Wtem na dłoni zauważam bransoletkę z napisem ,,Lizzy Huggerson, 15 lat’’. Mikey ma taką samą ze swoim wiekiem i nazwiskiem. Wskazuję mu ją, więc zaczyna uważnie skanować wzrokiem każdy jej centymetr.
- Po co nam Strażnik Pokoju? – pyta wreszcie Mikey po chwili krępującej ciszy.
- Na wszelki wypadek – znowu mruczy pan Andrew. Zoey prosi go o wyjście, lecz odmawia. Nasza mentorka, cokolwiek to słowo oznacza, zrezygnowanym głosem przystępuje do wyjaśnień.
- Mentor to osoba, dzięki której zyskacie połączenie ze światem, będąc na arenie. Mentor stara się  zdobyć wam sponsorów, żebyście… przeżyli – ostatnie słowa dźwięczą metalicznie w grobowej ciszy.
- O jaką arenę chodzi? Nic a nic nie rozumiem – wykrztuszam. Patrzę nerwowo na Mieky’a, czując, że moje ręce są coraz zimniejsze.
- Widzicie dzieci… Nasz kochany Kapitol – wymawia to z taką ironią, że Strażnik nieznacznie przysuwa się do nas, jakby to był okaz buntu – wymyślił mieszkańcom nową rozrywkę.
- Świetnie – mruczę ze złością, zupełnie jak pan Andrew. – Wreszcie będą mieli radochę.
- Oni tak, wy nie – mówi Zoey, a jej oczy zachodzą łzami. – Biedne, biedne dzieci! – niespodziewanie wybucha płaczem, czym skutecznie odpędza namolnego Strażnika do sąsiedniej kabiny poduszkowca. Razem z Mikey’em na zmianę tulimy ją, głaszczemy i szepczemy słowa pociechy, aczkolwiek nie mamy pojęcia, dlaczego płacze. Wreszcie Zoey bierze się w garść i na nowo podejmuje opowieść.
- Gra polega na tym, że losuje się po dziewczynie i chłopaku z każdego dystryktu, i…
- I? – dopytuje się Mikey. Zoey robi dramatyczną pauzę.
- I trafiają na arenę, żeby się nawzajem pozabijać. Przeżyje tylko jeden. To wszystko, co mogę tutaj powiedzieć. Więcej dowiecie się w Ośrodku Szkoleniowym – podkreśla. Czuję na sobie wzrok Mikey’a. Jestem przerażona – i ja, i on dobrze wiemy, że nie mamy najmniejszych szans. Dwunastka – górnictwo. Każdy na pewno wymachuje kilofem. Jedenastka – rolnictwo. Nie będą mieli problemów ze znalezieniem żywności. Będą też mogli w razie czego kogoś otruć. Dziesiątka – hodowcy bydła. Już widzę w myślach szalonego kowboja wymachującego batem na lewo i prawo. Dziewiątka, Ósemka – w tej chwili ze zdenerwowania nie pamiętam, ale na pewno umieją coś robić. Siódemka – dystrykt drwali. Pewnie umieją miotać siekierami. Szóstka – nie wiem, chyba pojazdy lub coś w tym stylu, nie wiem czy to przydatne, ale muszą chyba posługiwać się jakimiś narzędziami. Piątka – nie wiem, Czwórka – rybołówstwo. Nie mówiąc o łatwości ze zdobywaniem pożywienia, gracze z Czwórki umieją wyplatać sieci i na pewno łowienie na haczyk ludzi nie sprawi im większego problemu. Trójka – wynalazki. O to martwię się chyba najbardziej. Jeśli ktoś dorwie się do jakiegoś panelu kontrolnego, to krucho z nami. Dwójka – kamieniarstwo. Przed oczami przemyka mi obraz jaskiniowca miotającego kamieniami w graczy wokół siebie. Szybko odrzucam tę wizję i moje myśli wędrują do Jedynki. Klejnoty. Może nie powinnam obawiać się Trójki, ale właśnie Jedynki. To nie problem przekupić Organizatora tego całego przedsięwzięcia, a Jedynka to bardzo bogaty dystrykt. No cóż, takie życie. Trzynastka. Co ja biedna umiem? Uzbroić bombę atomową? Rozbroić ją? Oczywiście, że tak, ale wątpię, że na arenie trzymaliby ładunki jądrowe. Skupiam się na moich umiejętnościach. Umiem pływać, to duży plus, poza tym zawsze gotowałam. Zdarzało mi się ze złości ciskać nożem w ścianę komórki na podwórzu, to też może mi się przydać. Coś jeszcze? Niech pomyślę… Co jest moim największym atutem? Ach, tak. Potrafię nienagannie zgrywać przyjaźń, a zdrada nie stanowi dla mnie najmniejszego problemu. To może być najbardziej przydatna umiejętność. Mogę zawiązać z kimś sojusz, a potem podczas jakiejś nocy wbić mu nóż prosto w plecy. Myślę, że to przyda mi się najbardziej.
- Show nazywa się Głodowymi Igrzyskami – ciągnie Zoey, wyrywając mnie z rozmyślań. Mówi dalej, pomimo że powiedziała, że więcej powie nam gdzie indziej. - Dwudziestu sześciu trybutów…
- Trybutów? – wtrącam.
- Tak się mówi na zawodników – wyjaśnia cierpliwie Zoey. – Ale może jednak dotrzymam słowa i resztę opowiem wam w Ośrodku Szkoleniowym.
 Pozostała część podróży mija mi na bezmyślnym gapieniu się w szybę. Pan Andrew ciągle siedzi w sąsiedniej kabinie, Mikey ogląda bransoletkę a Zoey ucięła sobie krótką drzemkę. Patrzę na wysokie drapacze chmur, przemieszane z domami jednorodzinnymi. Z drzwi mieszkań zaczynają wychodzić pierwsi mieszkańcy. Stąd nie mogę przyjrzeć im się dokładnie, ale z tej wysokości wyglądają jak miniaturowe papużki. Dziwi mnie całkowity brak roślinności, chociażby poletka trawy w jakimś miejskim parku. Nic, wszystko zamurowane. Poza tym nie ma też żadnych ptaków ani zwierząt. Ze świecą by tutaj szukać nawet pospolitej muchy. W centrum miasta zauważam staromodny pałac, zapewne siedzibę prezydenta. Na uboczu stoi wysoki budynek,  zawiera chyba dwanaście pięter. Jest połączony z rynkiem, na dziedziniec prowadzą szerokie wrota. Obserwuję go przez dłuższy czas. Po chwili nasz poduszkowiec okrąża budynek od tyłu i ląduje na specjalnie do tego przystosowanym pasie na tyłach budowli. Pan Andrew wychodzi ze swojej kabiny, a ja budzę Zoey. Razem z resztą wychodzę z pojazdu, który momentalnie wzbija się nad ziemię. Po minucie lub dwóch skutecznie znika nam z oczu. Nadlatują coraz to nowe poduszkowce, więc wchodzimy do budynku, by uniknąć zderzenia.
- To Ośrodek Szkoleniowy – informuje nas Zoey, i sprawnie prowadzi krętymi korytarzami. – Teraz poznacie wasze ekipy przygotowawcze.
 Ja i Mikey zostajemy rozdzieleni. Mnie jakiś gruby Strażnik Pokoju prowadzi w lewo, Mikey’a kierują na prawo. Docieram do obszernego pokoju, którego tylną ścianę zajmuje wielkie lustro. Rzucam przeciągłe spojrzenie i wzrokiem napotykam moją dziwaczną ekipę przygotowawczą.
 Margaret – czerwono włosa, smukła dziewczyna, na niebotycznie wysokich obcasach. Kolczyki wiszą jej niemal do ud, nos aż błyszczy od srebrnych piercingów. Jej długie loki zdobi czarny kapelusik z charakterystyczną siatką przesłaniającą twarz. Ubrana jest w krwiście czerwony, cekinowy podkoszulek, dżinsową kamizelkę i krótkie spodenki z tego samego materiału. W czarnych jak węgiel  rajstopach widać ogromne dziurska, jakby ktoś specjalnie poharatał je nożem. Margaret ma pełne, czerwone jak wiśnie wargi, rękę wytatuowaną w czarne i białe serca, a jej twarz aż się naciąga od potoksu, który w nią wstrzyknięto. Druga jest Sophia. Połowa jej włosów jest krótka i śnieżnobiała, połowa zwisa do ramion i połyskuje zielenią. Nosi krótką małą białą, a jej nogi wytatuowane są we wzory zielonych winogron. Chodzi w białych, sportowych butach z zielonymi sznurówkami, na każdym palcu ma z pięć pierścionków. Jej twarz jest bardzo dziwna – zielone usta, zielone cienie pod powiekami i czekoladowe oczy. Policzki strasznie błyszczą, niemal świecą. W każdym uchu ma wielkie, czarne kółko, zwane tunelem. Szczerze, to budzi we mnie niemałe obrzydzenie.  Kiedy wystawia język, widzę, że jest przekłuty. Staram się na to nie patrzeć. W skład ekipy wchodzi jeszcze jedna dziewczyna – Leocadia. Wygląda jak wielka, puszysta, różowa kulka. Futrzasta kurtka, pomimo środka lata, futrzane legginsy, futrzane kozaki i futrzane rękawice. Wszystko różowe, ponadto miękki, bawełniany szalik i puchata opaska. Jej włosy w kolorze jasny blond przyprószone są sztucznym śniegiem. Stoimy w ciszy a Strażnik Pokoju się ulatnia.
- No, jak się nazywasz? – zaczyna w końcu Sophia,  przerywając ciszę.
- Lizzy – odpowiadam. Ekipa zaczyna mnie oglądać i cmokać z niecierpliwością.  Nie mam prawie włosów na ciele, ale i tak przyklejają mi plastry i boleśnie odrywając, pozbywają się  resztek owłosienia. Powtarzają to z całym ciałem prócz głowy. Potem, kiedy wszystko mnie piecze, Margaret podaje mi jakiś balsam i każe się wysmarować. Posłusznie wykonuję polecenie i natychmiast odczuwam przyjemny chłód. Dopiero teraz się orientuję, że nie mam nic na sobie. Leocadia chyba zauważa moją minę, bo przysuwa do mnie cienki, śliski szlafrok do kolan. Kiedy jestem już przygotowana, odzywa się Margaret.
- Teraz poznamy twojego stylistę.
Uff, wreszcie się ode mnie odczepią. Może stylista to jakiś normalny człowiek? Otwieram drzwi, i nie mogę się powstrzymać. Wybucham głośnym śmiechem.
 Na kanapie siedzi najdziwniejszy człowiek na świecie. Jego fryzura to afro we wszystkich kolorach tęczy. Na rzęsach dostrzegam koraliki, również tęczowe, jak całe jego ubranie. Odziany jest w tęczowe getry, tęczowy bezrękawnik i tęczowe glany. Jego ręce wytatuowane są… w jednorożce. Jednorożce na chmurkach.  Ponadto wokół latają motylki. Jego oczy są turkusowe, nos przekłuty, usta w kolorach tęczy. Poza tym każdy jego policzek to skrzydło motyla. Wygląda to, jakby wielki owad przysiadł mu na nosie. Nadal chichocząc, podchodzę do niego. Chichot przeradza się w głośny ryk, kiedy nieznajomy się przedstawia.
- Nazywam się Gerwazy Smith i jestem twoim stylistą – oznajmia.
Nie, nie chodzi o imię. Słyszałam już gorsze. Chodzi o jego głos. Mówi jak kot kopnięty w tyłek. Krótko mówiąc, wyje płaczliwie. Nie mam pojęcia, skąd taki głos. Zaglądam do jego ust, i język widzę w całości. No cóż. Muszę się przyzwyczaić. Krztusząc się ze śmiechu, ocieram łzy, które ukradkiem nadpłynęły mi do oczu, i odpowiadam.
- Lizzy Huggerson, piętnaście lat – przedstawiam się. Gerwazy uważnie mnie ogląda, a ja zaczynam się bać, w co mnie ubierze. Jednorożce na rękach i motyl na policzkach aż za dużo dają do myślenia. Gerwazy podchodzi do szafy i wyjmuje kreację.
Nie wierzę własnym oczom – sukienka jest przewspaniała.  Sięga mi nieco przed kolana, uszyta jest z kremowo pomarańczowej zwiewnej tkaniny, która porusza się i przyjemnie błyszczy przy każdym kroku. Gerwazy układa mi rozpuszczone włosy tak, by nie wpadały mi do oczu, poprawia makijaż i wyprowadza z sali.
Trafiamy do sali z wylotem na wielki rynek, poznaję po wrotach. Koło mnie zauważam Mikey’a obok kobiety w sukni  ślubnej i welonie. Gerwazy wyjaśnia mi, że to jego stylistka, Bella. Może lepiej, że dostałam Gerwazego. Mikey wygląda dokładnie tak, jak ktoś po wysłuchaniu długiej, męczącej przemowy o tym, jak beznadziejne jest życie. Rozglądam się po pomieszczeniu. Jest okrągłe, po brzegach stoją rydwany zaprzężone w pary koni. Na końcu rozpoznaję rydwan z numerem ,,13”. Nasze konie są barwy mojej sukni – kremowo pomarańczowe. Rydwan jest cały biały, z wyjątkiem czarnej liczby na bokach.  Wreszcie mam okazję obejrzeć pozostałych trybutów. Mina momentalnie mi rzednie.
Trybuci z Jedynki ubrani są w połyskujące klejnotami kombinezony. Chłopak co prawda sprawia wrażenie zmokłego psa, ale dziewczyna wygląda na silną i waleczną. Jej długie, czarne włosy sięgają prawie do kolan. Trybuci z Dwójki są jakby wyjęci z mojej głowy – wyglądają jak jaskiniowcy. Dziewczyna jest ubrana w krótką sukienkę w panterkę, a chłopak ma na sobie tylko spodnie. Twarze trybutów z Trójki wyglądają przez ekrany komputerów, pewnie kartonowe. Gracze z Czwartego Dystryktu są ubrani w ciuchy z wodorostów, przynajmniej tak to wygląda, a przez ramię mają przewieszone wędki z rybą na haczyku. Piątka połyskuje żarówkami, już sobie przypominam ich przemysł – elektryczność. Szósty Dystrykt przyprowadził trybutów w ubraniach we wzory kół, poza tym gracze jeżdżą na wrotkach. Z Siódemki styliści przebrali trybutów za drzewa. Z Ósemki trybuci ubrani są w piękne suknie i garnitury – no tak, produkują tam odzież. Dziewiątka. Przypominam sobie o produkcji mąki, nie dziwi więc fakt, że trybuci ubrani są w czarna kombinezony posypane mąką. Dziesiątka przedstawia trybutów w strojach kowbojów, każdy ma do pasa przypięte lasso. Gracze z Jedenastki mają wetknięty za pas łan jęczmienia. Trybuci z Dwunastki wyglądają na przerażonych. Ubrani są w czarne stroje i hełmy górnicze, dziewczyna płacze. Gerwazy nakazuje mi się uśmiechać, po czym znika w tłumie. Mikey wchodzi na rydwan i podaje mi dłoń. Korzystam z pomocy i dumnie staję po jego prawej stronie. Po chwili czekania aż inni wyjadą, nasz rydwan wytacza się na rynek. Wciąż trzymam dłoń Mikey’a.
***

sobota, 28 marca 2015

Prolog

Witajcie :) Zapraszam na Prolog mojej historii - ,,Od Początku do Końca". Teraz skupiam się na Pierwszych Głodowych Igrzyskach. Zapraszam do lektury.
Prim :*

***


Niech to się wreszcie skończy! Co my tutaj robimy? Dlaczego nie jestem w Trzynastce? Gdzie ja właściwie jestem?
 Pastelowo wybrukowane ulice lśnią w czerwcowym słońcu. Patrzę na niebo, i po pozycji lśniącej gwiazdy orientuję się, że jest około południa. O dziwo, domy sprawiają wrażenie uśpionych. W dystryktach już od dawna trwa robota. Nic nie pamiętam, prócz ognia. Ogień – trawi nieprzerwanie moje wspomnienia. Wyglądam przez okno poduszkowca, zastanawiając się, co to za dystrykt. Może Dwójka? Przecież od zawsze w szkole uczono nas o tamtejszych kamieniołomach. Może wykopują też  różowe i pomarańczowe płytki? Kto wie, jakie tam panują zwyczaje. Nie, to nie Dwójka. Ze szkoły wyniosłam tyle, co nic, ale wiem, że Dwójka składa się z rozproszonych górskich wiosek. Tu mamy wielkie, jednolite miasto, lśniące oślepiającymi ulicami. Po raz pierwszy patrzę na moich towarzyszy. Jakiś człowiek ubrany w biały mundur. Nieznana starsza pani, którą kojarzyłam w Trzynastce po niezwykle wojowniczym usposobieniu. I chłopak, niebieskooki blondyn o smukłej budowie ciała. Wszyscy tępo wpatrują się w przestrzeń, nikt nie rozumie, co się dzieje. Nerwowo sprawdzam, czy dopięłam pasy, jakbym spodziewała się upadku.
- Lizzy… - zaczyna Starsza pani, a ja momentalnie odwracam na nią wzrok. – Lizzy i Mikey – powtarza.
- Słuchamy – odpowiada Mikey, również patrząc na kobietę.
- Zapewne nie wiecie, po co tu jesteśmy. Tu, w Kapitolu.
 W Kapitolu. Słyszałam wiele o tym mieście, w szkołach rozgłaszano je jako stolicę Panem.  Już wiem, skąd dziwne chodniki. Żaden normalny dystrykt nie marnowałby czasu i pieniędzy na farbowanie kawałka głazu. Tylko kapitolińczycy mogliby zrobić coś tak bzdurnego. Z ciekawością wyglądam przez okienko.
- Przegraliśmy – ciągnie kobieta. Ale co? Walczyliśmy? Graliśmy? To bez sensu. Chcę wracać do Trzynastki. – Trzynasty Dystrykt został zniszczony. – Spoglądam na Mikey’a. Jego oczy, pewnie jak moje, przypominają spodki do filiżanek.  Usta rozchylił tak szeroko, że bez problemu zmieściłaby się tam ludzka pięść, na przykład moja. Kobieta patrzy na nas ze spokojem. Chwytam szklankę wody i pociągam solidny łyk. Czekam na wyjaśnienia. Mikey robi to samo.
***