wtorek, 31 marca 2015

Rozdział II

Tak, to po prostu śmieszne. Pierwszego dnia prolog, drugiego rozdział, trzeciego też ;-; Trudno, przynajmniej są. Nie idealne, ale są. Ten rozdział osobiście mi się podoba. Zastanawiałam się nad decydującym incydentem czy w ogóle go tu umieszczać, ale zdecydowałam, że najlepiej tak. Enjoy ;*
xoxo, Prim.

***


 Blask reflektorów początkowo mnie oślepia. Ściskam rękę Mikey’a, aby nie upaść. Po chwili jednak dochodzę do siebie. Z chwilą, gdy odzyskuję wzrok, ogłusza mnie ryk publiczności.
Publiczność – dotąd nie zastanawiałam się nad jej istnieniem. Późniejsze pokolenia będą bardziej rozeznane w sytuacji, zarówno widownia jak i trybuci. Większość graczy stoi nieporadnie na rydwanach i uśmiecha się nieśmiało. Ktoś spada z rydwanu i trzeba zatrzymać paradę. Po chwili pochód znowu zostaje wstrzymany, bo jakiś rozentuzjazmowany widz rzucił do rydwanu Piątki kolczastą różę, która trafiła tamtejszą trybutkę prosto w nos. Na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy nowicjuszami. Mikey ściska moją dłoń, żeby nie stracić równowagi. Nie wiemy za bardzo, co zrobić z oczami, więc czasem machamy radośnie i patrzymy widzom w oczy, czasem nasz wzrok tkwi gdzieś daleko na przodzie. Nasze końce wybrały sobie akurat ten moment na załatwienie potrzeb fizjologicznych, więc do nosa dobija mi się okropny smród. Usiłuję oddychać przez usta, ale czując wstrętny posmak, szybko rezygnuję. Reszta demonstracji przebiega bez niespodzianek. Zataczamy koło przy krawędziach rynku i zawijamy do wrót Ośrodka Szkoleniowego, gdzie czeka na nas Zoey.
- Budynek przygotowano na dwanaście dystryktów, więc zobaczymy, co dla was przygotowali – mówi z entuzjazmem. Obawiam się jednak, że o ile nie wywalą nas do jakiejś komórki na mopa, trafimy na dach. Nie mylę się, ale to najlepsze miejsce, jakie mogli dla nas znaleźć.
Dach ma kształt idealnego koła odgrodzonego od przepaści szklaną barierką. Po środku wznosi się ogrzewana zadaszona kopuła, a w niej ogród. Tam właśnie mamy spać. Kiedy wchodzimy do środka, naszym oczom ukazują się dwa wygodne hamaki i koc piknikowy. Zoey już wcześniej poinformowała nas, że korzystamy z łazienki publicznej Ośrodka. Nie ma to jednak wielkiego znaczenia, bo wszyscy mają prywatne toalety i nikt nie korzysta z publicznej. Jedzenie możemy wziąć z kuchni. Zoey instruuje mnie i Mikey’a, co będziemy robić.
- Spędzicie tu dwa dni – mówi, przeciągając słowa. – Tej nocy macie wolne, ale jutro o dziesiątej zaczynacie szkolenie. Zbiórka na najniższym poziomie. To łatwe, wchodzicie do windy i wciskacie guzik na samym dole. Rozumiecie? – kiwam głową. Mój towarzysz kiwa się nieskładnie, ale po chwili przytakuje. – Dobrze – podejmuje Zoey. – Teraz możecie pójść po jedzenie. – na koniec dodaje tajemniczo:
- Dobrze wykorzystajcie miejsce, w którym się znajdujecie. – I odchodzi. Razem z Mikey’em zjeżdżam windą do kuchni i biorę przygotowany już dla nas koszyk. Mikey chwyta termos z herbatą i plastikową zastawę, po czym ruszamy na dach.
W koszyku znajduję koc piknikowy, jabłka, banany, pomarańcze, kanapki z wędliną, sałatkę z kurczaka i smażone kiełbaski, nie brak też kapitolińskich specjałów, takich jak potrawka z piersi króliczej polana sosem z papai czy pieczeń jagnięca w nieznanej mi roślinie. Rozkładamy jedzenie na kocu i zaczynamy przeżuwać. Mikey rzuca pomarańczę za barierkę, chcą rozwalić ją na jakimś samochodzie wartym miliony. Pomarańcza bez szwanku leci i rozkwasza się na dachu nowiutkiego, czerwonego auta. Z oddali słyszymy alarm i siarczyste przekleństwo, stłumione przez gwar miasta. Widocznie właściciel był w środku. Kiedy Mikey chce rzucić kolejną, ta odskakuje i trafia go w nos. Do moich uszu dobiega brzęczenie.
- Pole siłowe – mruczę, naśladując pana Andrewa. Mikey patrzy się na mnie.
- Nie mogłaś powiedzieć? – mówi z wyrzutem, masując nos. Wracamy do kopuły, a ja wspominam słowa Zoey. ,,Dobrze wykorzystajcie miejsce, w którym się znajdujecie’’. Jesteśmy w ogrodzie. Co w tym szczególnego? Rozmyślam nad sensem zabawy. Nie, igrzyska ton nie zabawa. Teraz dociera do mnie, o co tu chodzi. Wymordują nas. Pozostanie jeden, ten, którego Organizatorzy zechcą uchować od śmierci. Czy będę w stanie kogokolwiek zabić? Nie wiem. Muszę zrobić wszystko, żeby wygrać. Trzynastka, której już nie ma. Mój dom. Podobno mogę wygrać niebotyczne sumy, jeśli zwyciężę. Może… Może starczy na odbudowę choćby części dystryktu? Nadzieje są nikłe, ale moi rodzice zawsze powtarzali mi, że całe życie polega  na nadziei. Z domu wyniosłam wiele a z rodziną łączyła mnie silna więź. Nie mam rodzeństwa, które jest i będzie moim największym marzeniem. Często wyobrażam sobie siebie bawiącą się z rozkosznym maluchem. Powracam do rzeczywistości, kiedy wielka kropla losy rozbryzguje mi się na twarzy. Spoglądam w górę i widzę roślinę. Roślinę… No tak! Ale ze mnie gapa! Przy pniu widzę małą plakietkę. ,,Łykołak. Śmiertelnie trująca.’’ Oto, co mogę się tu nauczyć.
- Mikey! – wołam. Mikey podchodzi, a ja lustruję go wzrokiem. Dopiero teraz uważnie mu się przyglądam. Ma niebieskie, przejrzyste oczy, które zaglądają w moje. Pośpiesznie odwracam wzrok. Mikey jest chudy, wygląda na jakieś szesnaście lat. Ma burzę krótkich blond włosów na głowie, małe usta i zadziwiająco odstające uszy. Nie jest ani brzydki ani specjalnie przystojny.
- Patrz! – wskazuję mu plakietkę. Chwilę stoimy w milczeniu. Nagle z jego ust wydobywa sę westchnienie zrozumienia. Ręką wskazuje mi, żebyśmy szli dalej.
Okrążamy sadzawkę w centrum kopuły i kierujemy się do działu roślin o kuszących, jędrnych owocach. Widzę i rozpoznaję krzaki porzeczek połyskujące w świetle lampy, w oczy rzuca się rozłożysty bananowiec. Mikey sięga po jakiś owoc, przekonany że to jagoda. Przyglądam mu się uważnie.
- Nie rusz! – krzyczę w ostatniej chwili. Przerażony Mikey odrzuca owoc i patrzy na mnie rozszerzonymi oczami. Nie zwracamy uwagi na cichutkie pyknięcie w oddali. Pokazuję mu plakietkę, na którą sama nie spojrzałam, ale jednak rozpoznałam roślinę. ,,Czarny bez. Śmiertelnie trująca’’ – głosi napis. Mikey podchodzi i mnie przytula. Odwzajemniam uścisk i czuję przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele. Spacerujemy dalej. Pokazuję Mikey’owi te rośliny, które znam. Uczę go, jak rozpoznawać wawrzyn od trującego wawrzynka, jak borówkę od wilczej jagody. Po godzinie Mikey recytuje z pamięci sposoby zastosowania igły sosnowej, a ja unoszę kciuk na znak aprobaty. Jak na chłopaka szybko się uczy.
Gdzieś z dołu dobiegają dzwony informujące o tym, że trzeba iść spać. Wracamy do hamaków, a Mikey otwiera usta, by wrzasnąć. W ostatniej chwili zakrywam je dłonią i ciągnę Mikey’a w krzaki. Siedzimy cicho, obserwując zajście.
Na naszym kocu nie pozostało nic prócz porozrywanego plastiku. Resztki pożywienia walają się w promieniu pięciu metrów od naszego obozowiska. W centrum siedzi wielki wilk i toczy pianę z ust. Krew sączy się między jego kłami. Wokół niego w równym okręgu zasiadły inne wilki, a także lisy, pumy, lamparty, lwy i tygrysy. Wielki wilk zasłania coś sobą. Kiedy się przeciąga, widzę fragment zasłanianej rzeczy. Zakrwawiona, ludzka ręka. Mam mdłości. Jakiś lis chwyta zębami kawałek mięsa, niewątpliwie ludzkiego, i zwiewa z nim na koniec koła. Wilk rozgląda się naokoło, jakby sprawdzając, czy w pobliżu nie ma więcej ludzi. Jestem pewna, że zaraz się na nas rzuci. Mimo moich obaw, zwierzęta zdają się bardziej zainteresowane swoimi łapami. Kiedy widzę ich kończyny, już wiem, że to zmieszańce.
U dołu nie mają poduszeczek, jak u kociaka. Mają wielkie, elastyczne poduchy, grube na jakieś pół metra. To dlatego są takie wielkie, przez łapy. Tylko skąd one się tutaj wzięły? Zoey mówiła coś o zwierzętach, ale nie na wolności. Tylko w zagrodzie, otwieranej jednym z ponad miliona guzików. Pomyłka nie wchodzi w grę, jeśli ktoś wciska błędny guzik, uruchamia się zapadnia, transportująca go prosto do Sali rozpraw. Zazwyczaj to tylko niewinni robotnicy, ale zdarzały się wypadki, gdy groźny złoczyńca chciał wykorzystać zmiechy do swoich niecnych celów. W głowie świta mi nieśmiałe wytłumaczenie. Czy… Czy to możliwe, że Mikey… Że Mikey, rzucając jagodą czarnego bzu, trafił w odpowiedni guzik? Mało prawdopodobne, ale może jednak? Może to możliwe? Kto wie, co znaczyło pyknięcie towarzyszące odrzuceniu jagody. Możliwe też, że człowiek, który teraz leży tam martwy, z jakichś powodów wcisnął guzik, narażając siebie i cały Kapitol na śmierć. To drugie jest bardziej prawdopodobne. Pyknięcie jednak coś znaczyło. Tylko co?
Wielki wilk rusza, a zwierzęta za nim. Wychodzą z kopuły gęsiego. Zmasakrowane ciało ma na sobie strzępy białego stroju. Cóż, to penie jakiś nieostrożny Strażnik Pokoju chciał sobie zjechać zapadnią. Nie udało się. Słyszymy dzwony. Orientuję się, że to te wskazują na pójście spać. Tamte oznaczały co innego. Czyżby… Czyżby to był alarm wszczęty na wypuszczenie zmieszańców? Może jednak to my jesteśmy odpowiedzialni za śmierć Strażnika, za śmierć całego Kapitolu? Nie pora się o to martwić. Zwierzęta podchodzą do barierki. Nagle dociera do mnie, po co im poduchy na łapach. Chcą skoczyć. Skoczyć i wymordować ludzkość. Śmieję się w duchu. Nie uda im się. Pomarańcza Mikey’a trafiła przypalona. Zaraz, na pewno nie skoczą wszystkie razem. Nie są aż tak głupie. Jedno skoczy. Jeśli wróci martwe, one zorientują się, że nie mogą skakać. Przypominam sobie incydent z pomarańczą. Przecież pierwsza spadła.
Mały lisek skacze poza barierkę. Tak jak się spodziewałam, słyszę alarm samochodu, potem piskliwy krzyk. Ktoś umarł. Słyszę więcej krzyków i wystrzały. Lisek pewnie jest już martwy. Boję się, że zwierzaki będą skakać po kolei. Ale nie. Ustawiają się na całym okręgu barierek. Na szczeknięcie wielkiego wilka wspinają się na szczyt ogrodzenia i skaczą. Słyszę syk palonej sierści i nieprzyjemny odór. Wszystkie zwierzęta wracają nieżywe.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz