xoxo, Prim.
***
Blask reflektorów
początkowo mnie oślepia. Ściskam rękę Mikey’a, aby nie upaść. Po chwili jednak
dochodzę do siebie. Z chwilą, gdy odzyskuję wzrok, ogłusza mnie ryk
publiczności.
Publiczność – dotąd nie zastanawiałam się nad jej
istnieniem. Późniejsze pokolenia będą bardziej rozeznane w sytuacji, zarówno
widownia jak i trybuci. Większość graczy stoi nieporadnie na rydwanach i
uśmiecha się nieśmiało. Ktoś spada z rydwanu i trzeba zatrzymać paradę. Po
chwili pochód znowu zostaje wstrzymany, bo jakiś rozentuzjazmowany widz rzucił
do rydwanu Piątki kolczastą różę, która trafiła tamtejszą trybutkę prosto w
nos. Na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy nowicjuszami. Mikey ściska moją
dłoń, żeby nie stracić równowagi. Nie wiemy za bardzo, co zrobić z oczami, więc
czasem machamy radośnie i patrzymy widzom w oczy, czasem nasz wzrok tkwi gdzieś
daleko na przodzie. Nasze końce wybrały sobie akurat ten moment na załatwienie
potrzeb fizjologicznych, więc do nosa dobija mi się okropny smród. Usiłuję
oddychać przez usta, ale czując wstrętny posmak, szybko rezygnuję. Reszta
demonstracji przebiega bez niespodzianek. Zataczamy koło przy krawędziach rynku
i zawijamy do wrót Ośrodka Szkoleniowego, gdzie czeka na nas Zoey.
- Budynek przygotowano na dwanaście dystryktów, więc zobaczymy,
co dla was przygotowali – mówi z entuzjazmem. Obawiam się jednak, że o ile nie
wywalą nas do jakiejś komórki na mopa, trafimy na dach. Nie mylę się, ale to
najlepsze miejsce, jakie mogli dla nas znaleźć.
Dach ma kształt idealnego koła odgrodzonego od przepaści
szklaną barierką. Po środku wznosi się ogrzewana zadaszona kopuła, a w niej
ogród. Tam właśnie mamy spać. Kiedy wchodzimy do środka, naszym oczom ukazują
się dwa wygodne hamaki i koc piknikowy. Zoey już wcześniej poinformowała nas,
że korzystamy z łazienki publicznej Ośrodka. Nie ma to jednak wielkiego
znaczenia, bo wszyscy mają prywatne toalety i nikt nie korzysta z publicznej.
Jedzenie możemy wziąć z kuchni. Zoey instruuje mnie i Mikey’a, co będziemy
robić.
- Spędzicie tu dwa dni – mówi, przeciągając słowa. – Tej
nocy macie wolne, ale jutro o dziesiątej zaczynacie szkolenie. Zbiórka na
najniższym poziomie. To łatwe, wchodzicie do windy i wciskacie guzik na samym
dole. Rozumiecie? – kiwam głową. Mój towarzysz kiwa się nieskładnie, ale po chwili
przytakuje. – Dobrze – podejmuje Zoey. – Teraz możecie pójść po jedzenie. – na
koniec dodaje tajemniczo:
- Dobrze wykorzystajcie miejsce, w którym się znajdujecie. –
I odchodzi. Razem z Mikey’em zjeżdżam windą do kuchni i biorę przygotowany już
dla nas koszyk. Mikey chwyta termos z herbatą i plastikową zastawę, po czym
ruszamy na dach.
W koszyku znajduję koc piknikowy, jabłka, banany,
pomarańcze, kanapki z wędliną, sałatkę z kurczaka i smażone kiełbaski, nie brak
też kapitolińskich specjałów, takich jak potrawka z piersi króliczej polana
sosem z papai czy pieczeń jagnięca w nieznanej mi roślinie. Rozkładamy jedzenie
na kocu i zaczynamy przeżuwać. Mikey rzuca pomarańczę za barierkę, chcą
rozwalić ją na jakimś samochodzie wartym miliony. Pomarańcza bez szwanku leci i
rozkwasza się na dachu nowiutkiego, czerwonego auta. Z oddali słyszymy alarm i
siarczyste przekleństwo, stłumione przez gwar miasta. Widocznie właściciel był
w środku. Kiedy Mikey chce rzucić kolejną, ta odskakuje i trafia go w nos. Do
moich uszu dobiega brzęczenie.
- Pole siłowe – mruczę, naśladując pana Andrewa. Mikey
patrzy się na mnie.
- Nie mogłaś powiedzieć? – mówi z wyrzutem, masując nos.
Wracamy do kopuły, a ja wspominam słowa Zoey. ,,Dobrze wykorzystajcie miejsce,
w którym się znajdujecie’’. Jesteśmy w ogrodzie. Co w tym szczególnego?
Rozmyślam nad sensem zabawy. Nie, igrzyska ton nie zabawa. Teraz dociera do
mnie, o co tu chodzi. Wymordują nas. Pozostanie jeden, ten, którego
Organizatorzy zechcą uchować od śmierci. Czy będę w stanie kogokolwiek zabić?
Nie wiem. Muszę zrobić wszystko, żeby wygrać. Trzynastka, której już nie ma.
Mój dom. Podobno mogę wygrać niebotyczne sumy, jeśli zwyciężę. Może… Może
starczy na odbudowę choćby części dystryktu? Nadzieje są nikłe, ale moi rodzice
zawsze powtarzali mi, że całe życie polega
na nadziei. Z domu wyniosłam wiele a z rodziną łączyła mnie silna więź.
Nie mam rodzeństwa, które jest i będzie moim największym marzeniem. Często
wyobrażam sobie siebie bawiącą się z rozkosznym maluchem. Powracam do
rzeczywistości, kiedy wielka kropla losy rozbryzguje mi się na twarzy.
Spoglądam w górę i widzę roślinę. Roślinę… No tak! Ale ze mnie gapa! Przy pniu
widzę małą plakietkę. ,,Łykołak.
Śmiertelnie trująca.’’ Oto, co mogę się tu nauczyć.
- Mikey! – wołam. Mikey podchodzi, a ja lustruję go
wzrokiem. Dopiero teraz uważnie mu się przyglądam. Ma niebieskie, przejrzyste
oczy, które zaglądają w moje. Pośpiesznie odwracam wzrok. Mikey jest chudy,
wygląda na jakieś szesnaście lat. Ma burzę krótkich blond włosów na głowie,
małe usta i zadziwiająco odstające uszy. Nie jest ani brzydki ani specjalnie przystojny.
- Patrz! – wskazuję mu plakietkę. Chwilę stoimy w milczeniu.
Nagle z jego ust wydobywa sę westchnienie zrozumienia. Ręką wskazuje mi, żebyśmy
szli dalej.
Okrążamy sadzawkę w centrum kopuły i kierujemy się do działu
roślin o kuszących, jędrnych owocach. Widzę i rozpoznaję krzaki porzeczek
połyskujące w świetle lampy, w oczy rzuca się rozłożysty bananowiec. Mikey
sięga po jakiś owoc, przekonany że to jagoda. Przyglądam mu się uważnie.
- Nie rusz! – krzyczę w ostatniej chwili. Przerażony Mikey
odrzuca owoc i patrzy na mnie rozszerzonymi oczami. Nie zwracamy uwagi na
cichutkie pyknięcie w oddali. Pokazuję mu plakietkę, na którą sama nie spojrzałam,
ale jednak rozpoznałam roślinę. ,,Czarny bez. Śmiertelnie trująca’’ – głosi napis. Mikey podchodzi i mnie
przytula. Odwzajemniam uścisk i czuję przyjemne ciepło rozchodzące się po moim
ciele. Spacerujemy dalej. Pokazuję Mikey’owi te rośliny, które znam. Uczę go,
jak rozpoznawać wawrzyn od trującego wawrzynka, jak borówkę od wilczej jagody.
Po godzinie Mikey recytuje z pamięci sposoby zastosowania igły sosnowej, a ja
unoszę kciuk na znak aprobaty. Jak na chłopaka szybko się uczy.
Gdzieś z dołu dobiegają dzwony informujące o tym, że trzeba
iść spać. Wracamy do hamaków, a Mikey otwiera usta, by wrzasnąć. W ostatniej
chwili zakrywam je dłonią i ciągnę Mikey’a w krzaki. Siedzimy cicho, obserwując
zajście.
Na naszym kocu nie pozostało nic prócz porozrywanego
plastiku. Resztki pożywienia walają się w promieniu pięciu metrów od naszego
obozowiska. W centrum siedzi wielki wilk i toczy pianę z ust. Krew sączy się
między jego kłami. Wokół niego w równym okręgu zasiadły inne wilki, a także
lisy, pumy, lamparty, lwy i tygrysy. Wielki wilk zasłania coś sobą. Kiedy się
przeciąga, widzę fragment zasłanianej rzeczy. Zakrwawiona, ludzka ręka. Mam
mdłości. Jakiś lis chwyta zębami kawałek mięsa, niewątpliwie ludzkiego, i
zwiewa z nim na koniec koła. Wilk rozgląda się naokoło, jakby sprawdzając, czy
w pobliżu nie ma więcej ludzi. Jestem pewna, że zaraz się na nas rzuci. Mimo
moich obaw, zwierzęta zdają się bardziej zainteresowane swoimi łapami. Kiedy
widzę ich kończyny, już wiem, że to zmieszańce.
U dołu nie mają poduszeczek, jak u kociaka. Mają wielkie,
elastyczne poduchy, grube na jakieś pół metra. To dlatego są takie wielkie,
przez łapy. Tylko skąd one się tutaj wzięły? Zoey mówiła coś o zwierzętach, ale
nie na wolności. Tylko w zagrodzie, otwieranej jednym z ponad miliona guzików.
Pomyłka nie wchodzi w grę, jeśli ktoś wciska błędny guzik, uruchamia się
zapadnia, transportująca go prosto do Sali rozpraw. Zazwyczaj to tylko niewinni
robotnicy, ale zdarzały się wypadki, gdy groźny złoczyńca chciał wykorzystać
zmiechy do swoich niecnych celów. W głowie świta mi nieśmiałe wytłumaczenie.
Czy… Czy to możliwe, że Mikey… Że Mikey, rzucając jagodą czarnego bzu, trafił w
odpowiedni guzik? Mało prawdopodobne, ale może jednak? Może to możliwe? Kto
wie, co znaczyło pyknięcie towarzyszące odrzuceniu jagody. Możliwe też, że
człowiek, który teraz leży tam martwy, z jakichś powodów wcisnął guzik, narażając
siebie i cały Kapitol na śmierć. To drugie jest bardziej prawdopodobne.
Pyknięcie jednak coś znaczyło. Tylko co?
Wielki wilk rusza, a zwierzęta za nim. Wychodzą z kopuły
gęsiego. Zmasakrowane ciało ma na sobie strzępy białego stroju. Cóż, to penie
jakiś nieostrożny Strażnik Pokoju chciał sobie zjechać zapadnią. Nie udało się.
Słyszymy dzwony. Orientuję się, że to te wskazują na pójście spać. Tamte
oznaczały co innego. Czyżby… Czyżby to był alarm wszczęty na wypuszczenie zmieszańców?
Może jednak to my jesteśmy odpowiedzialni za śmierć Strażnika, za śmierć całego
Kapitolu? Nie pora się o to martwić. Zwierzęta podchodzą do barierki. Nagle
dociera do mnie, po co im poduchy na łapach. Chcą skoczyć. Skoczyć i wymordować
ludzkość. Śmieję się w duchu. Nie uda im się. Pomarańcza Mikey’a trafiła
przypalona. Zaraz, na pewno nie skoczą wszystkie razem. Nie są aż tak głupie.
Jedno skoczy. Jeśli wróci martwe, one zorientują się, że nie mogą skakać.
Przypominam sobie incydent z pomarańczą. Przecież pierwsza spadła.
Mały lisek skacze poza barierkę. Tak jak się spodziewałam,
słyszę alarm samochodu, potem piskliwy krzyk. Ktoś umarł. Słyszę więcej krzyków
i wystrzały. Lisek pewnie jest już martwy. Boję się, że zwierzaki będą skakać
po kolei. Ale nie. Ustawiają się na całym okręgu barierek. Na szczeknięcie
wielkiego wilka wspinają się na szczyt ogrodzenia i skaczą. Słyszę syk palonej
sierści i nieprzyjemny odór. Wszystkie zwierzęta wracają nieżywe.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz