Prim c;
***
- Nazywam się Zoey
Anderson i będę waszą mentorką – odzywa się Zoey, zerkając z ukosa na
człowieka w mundurze. – To jest pan Adrew. Pan Adrew jest Strażnikiem Pokoju.
Kto to strażnik
pokoju? – myślę. Zanim zdołam wymówić to na głos, pan Andrew zaraz śpieszy z
odpowiedzią.
- Strażnicy Pokoju to specjalistycznie wyszkoleni ludzie,
powołani przez Kapitol do utrzymywania porządku na obszarach dystryktów i
trzymania w ryzach ewentualnych rebeliantów – mruczy, więc ledwo go słyszę.
Wtem na dłoni zauważam bransoletkę z napisem ,,Lizzy Huggerson, 15 lat’’. Mikey
ma taką samą ze swoim wiekiem i nazwiskiem. Wskazuję mu ją, więc zaczyna
uważnie skanować wzrokiem każdy jej centymetr.
- Po co nam Strażnik Pokoju? – pyta wreszcie Mikey po chwili
krępującej ciszy.
- Na wszelki wypadek – znowu mruczy pan Andrew. Zoey prosi
go o wyjście, lecz odmawia. Nasza mentorka, cokolwiek to słowo oznacza,
zrezygnowanym głosem przystępuje do wyjaśnień.
- Mentor to osoba, dzięki której zyskacie połączenie ze
światem, będąc na arenie. Mentor stara się
zdobyć wam sponsorów, żebyście… przeżyli – ostatnie słowa dźwięczą
metalicznie w grobowej ciszy.
- O jaką arenę chodzi? Nic a nic nie rozumiem – wykrztuszam.
Patrzę nerwowo na Mieky’a, czując, że moje ręce są coraz zimniejsze.
- Widzicie dzieci… Nasz kochany Kapitol – wymawia to z taką
ironią, że Strażnik nieznacznie przysuwa się do nas, jakby to był okaz buntu –
wymyślił mieszkańcom nową rozrywkę.
- Świetnie – mruczę ze złością, zupełnie jak pan Andrew. –
Wreszcie będą mieli radochę.
- Oni tak, wy nie – mówi Zoey, a jej oczy zachodzą łzami. –
Biedne, biedne dzieci! – niespodziewanie wybucha płaczem, czym skutecznie
odpędza namolnego Strażnika do sąsiedniej kabiny poduszkowca. Razem z Mikey’em
na zmianę tulimy ją, głaszczemy i szepczemy słowa pociechy, aczkolwiek nie mamy
pojęcia, dlaczego płacze. Wreszcie Zoey bierze się w garść i na nowo podejmuje
opowieść.
- Gra polega na tym, że losuje się po dziewczynie i chłopaku
z każdego dystryktu, i…
- I? – dopytuje się Mikey. Zoey robi dramatyczną pauzę.
- I trafiają na arenę, żeby się nawzajem pozabijać. Przeżyje
tylko jeden. To wszystko, co mogę tutaj powiedzieć. Więcej dowiecie się w
Ośrodku Szkoleniowym – podkreśla. Czuję na sobie wzrok Mikey’a. Jestem
przerażona – i ja, i on dobrze wiemy, że nie mamy najmniejszych szans.
Dwunastka – górnictwo. Każdy na pewno wymachuje kilofem. Jedenastka –
rolnictwo. Nie będą mieli problemów ze znalezieniem żywności. Będą też mogli w
razie czego kogoś otruć. Dziesiątka – hodowcy bydła. Już widzę w myślach
szalonego kowboja wymachującego batem na lewo i prawo. Dziewiątka, Ósemka – w
tej chwili ze zdenerwowania nie pamiętam, ale na pewno umieją coś robić.
Siódemka – dystrykt drwali. Pewnie umieją miotać siekierami. Szóstka – nie
wiem, chyba pojazdy lub coś w tym stylu, nie wiem czy to przydatne, ale muszą
chyba posługiwać się jakimiś narzędziami. Piątka – nie wiem, Czwórka –
rybołówstwo. Nie mówiąc o łatwości ze zdobywaniem pożywienia, gracze z Czwórki
umieją wyplatać sieci i na pewno łowienie na haczyk ludzi nie sprawi im
większego problemu. Trójka – wynalazki. O to martwię się chyba najbardziej.
Jeśli ktoś dorwie się do jakiegoś panelu kontrolnego, to krucho z nami. Dwójka
– kamieniarstwo. Przed oczami przemyka mi obraz jaskiniowca miotającego
kamieniami w graczy wokół siebie. Szybko odrzucam tę wizję i moje myśli wędrują
do Jedynki. Klejnoty. Może nie powinnam obawiać się Trójki, ale właśnie
Jedynki. To nie problem przekupić Organizatora tego całego przedsięwzięcia, a
Jedynka to bardzo bogaty dystrykt. No cóż, takie życie. Trzynastka. Co ja
biedna umiem? Uzbroić bombę atomową? Rozbroić ją? Oczywiście, że tak, ale
wątpię, że na arenie trzymaliby ładunki jądrowe. Skupiam się na moich
umiejętnościach. Umiem pływać, to duży plus, poza tym zawsze gotowałam.
Zdarzało mi się ze złości ciskać nożem w ścianę komórki na podwórzu, to też
może mi się przydać. Coś jeszcze? Niech pomyślę… Co jest moim największym
atutem? Ach, tak. Potrafię nienagannie zgrywać przyjaźń, a zdrada nie stanowi
dla mnie najmniejszego problemu. To może być najbardziej przydatna umiejętność.
Mogę zawiązać z kimś sojusz, a potem podczas jakiejś nocy wbić mu nóż prosto w
plecy. Myślę, że to przyda mi się najbardziej.
- Show nazywa się Głodowymi Igrzyskami – ciągnie Zoey,
wyrywając mnie z rozmyślań. Mówi dalej, pomimo że powiedziała, że więcej powie
nam gdzie indziej. - Dwudziestu sześciu trybutów…
- Trybutów? – wtrącam.
- Tak się mówi na zawodników – wyjaśnia cierpliwie Zoey. –
Ale może jednak dotrzymam słowa i resztę opowiem wam w Ośrodku Szkoleniowym.
Pozostała część
podróży mija mi na bezmyślnym gapieniu się w szybę. Pan Andrew ciągle siedzi w
sąsiedniej kabinie, Mikey ogląda bransoletkę a Zoey ucięła sobie krótką drzemkę.
Patrzę na wysokie drapacze chmur, przemieszane z domami jednorodzinnymi. Z
drzwi mieszkań zaczynają wychodzić pierwsi mieszkańcy. Stąd nie mogę przyjrzeć
im się dokładnie, ale z tej wysokości wyglądają jak miniaturowe papużki. Dziwi
mnie całkowity brak roślinności, chociażby poletka trawy w jakimś miejskim
parku. Nic, wszystko zamurowane. Poza tym nie ma też żadnych ptaków ani
zwierząt. Ze świecą by tutaj szukać nawet pospolitej muchy. W centrum miasta
zauważam staromodny pałac, zapewne siedzibę prezydenta. Na uboczu stoi wysoki
budynek, zawiera chyba dwanaście pięter.
Jest połączony z rynkiem, na dziedziniec prowadzą szerokie wrota. Obserwuję go
przez dłuższy czas. Po chwili nasz poduszkowiec okrąża budynek od tyłu i ląduje
na specjalnie do tego przystosowanym pasie na tyłach budowli. Pan Andrew
wychodzi ze swojej kabiny, a ja budzę Zoey. Razem z resztą wychodzę z pojazdu,
który momentalnie wzbija się nad ziemię. Po minucie lub dwóch skutecznie znika
nam z oczu. Nadlatują coraz to nowe poduszkowce, więc wchodzimy do budynku, by
uniknąć zderzenia.
- To Ośrodek Szkoleniowy – informuje nas Zoey, i sprawnie
prowadzi krętymi korytarzami. – Teraz poznacie wasze ekipy przygotowawcze.
Ja i Mikey zostajemy
rozdzieleni. Mnie jakiś gruby Strażnik Pokoju prowadzi w lewo, Mikey’a kierują
na prawo. Docieram do obszernego pokoju, którego tylną ścianę zajmuje wielkie
lustro. Rzucam przeciągłe spojrzenie i wzrokiem napotykam moją dziwaczną ekipę
przygotowawczą.
Margaret – czerwono
włosa, smukła dziewczyna, na niebotycznie wysokich obcasach. Kolczyki wiszą jej
niemal do ud, nos aż błyszczy od srebrnych piercingów. Jej długie loki zdobi
czarny kapelusik z charakterystyczną siatką przesłaniającą twarz. Ubrana jest w
krwiście czerwony, cekinowy podkoszulek, dżinsową kamizelkę i krótkie spodenki
z tego samego materiału. W czarnych jak węgiel rajstopach widać ogromne dziurska, jakby ktoś
specjalnie poharatał je nożem. Margaret ma pełne, czerwone jak wiśnie wargi,
rękę wytatuowaną w czarne i białe serca, a jej twarz aż się naciąga od potoksu,
który w nią wstrzyknięto. Druga jest Sophia. Połowa jej włosów jest krótka i
śnieżnobiała, połowa zwisa do ramion i połyskuje zielenią. Nosi krótką małą
białą, a jej nogi wytatuowane są we wzory zielonych winogron. Chodzi w białych,
sportowych butach z zielonymi sznurówkami, na każdym palcu ma z pięć
pierścionków. Jej twarz jest bardzo dziwna – zielone usta, zielone cienie pod
powiekami i czekoladowe oczy. Policzki strasznie błyszczą, niemal świecą. W
każdym uchu ma wielkie, czarne kółko, zwane tunelem. Szczerze, to budzi we mnie
niemałe obrzydzenie. Kiedy wystawia
język, widzę, że jest przekłuty. Staram się na to nie patrzeć. W skład ekipy
wchodzi jeszcze jedna dziewczyna – Leocadia. Wygląda jak wielka, puszysta,
różowa kulka. Futrzasta kurtka, pomimo środka lata, futrzane legginsy, futrzane
kozaki i futrzane rękawice. Wszystko różowe, ponadto miękki, bawełniany szalik
i puchata opaska. Jej włosy w kolorze jasny blond przyprószone są sztucznym
śniegiem. Stoimy w ciszy a Strażnik Pokoju się ulatnia.
- No, jak się nazywasz? – zaczyna w końcu Sophia, przerywając ciszę.
- Lizzy – odpowiadam. Ekipa zaczyna mnie oglądać i cmokać z
niecierpliwością. Nie mam prawie włosów
na ciele, ale i tak przyklejają mi plastry i boleśnie odrywając, pozbywają się resztek owłosienia. Powtarzają to z całym
ciałem prócz głowy. Potem, kiedy wszystko mnie piecze, Margaret podaje mi jakiś
balsam i każe się wysmarować. Posłusznie wykonuję polecenie i natychmiast
odczuwam przyjemny chłód. Dopiero teraz się orientuję, że nie mam nic na sobie.
Leocadia chyba zauważa moją minę, bo przysuwa do mnie cienki, śliski szlafrok
do kolan. Kiedy jestem już przygotowana, odzywa się Margaret.
- Teraz poznamy twojego stylistę.
Uff, wreszcie się ode mnie odczepią. Może stylista to jakiś
normalny człowiek? Otwieram drzwi, i nie mogę się powstrzymać. Wybucham głośnym
śmiechem.
Na kanapie siedzi
najdziwniejszy człowiek na świecie. Jego fryzura to afro we wszystkich kolorach
tęczy. Na rzęsach dostrzegam koraliki, również tęczowe, jak całe jego ubranie.
Odziany jest w tęczowe getry, tęczowy bezrękawnik i tęczowe glany. Jego ręce
wytatuowane są… w jednorożce. Jednorożce na chmurkach. Ponadto wokół latają motylki. Jego oczy są
turkusowe, nos przekłuty, usta w kolorach tęczy. Poza tym każdy jego policzek
to skrzydło motyla. Wygląda to, jakby wielki owad przysiadł mu na nosie. Nadal
chichocząc, podchodzę do niego. Chichot przeradza się w głośny ryk, kiedy
nieznajomy się przedstawia.
- Nazywam się Gerwazy Smith i jestem twoim stylistą –
oznajmia.
Nie, nie chodzi o imię. Słyszałam już gorsze. Chodzi o jego
głos. Mówi jak kot kopnięty w tyłek. Krótko mówiąc, wyje płaczliwie. Nie mam
pojęcia, skąd taki głos. Zaglądam do jego ust, i język widzę w całości. No cóż.
Muszę się przyzwyczaić. Krztusząc się ze śmiechu, ocieram łzy, które ukradkiem
nadpłynęły mi do oczu, i odpowiadam.
- Lizzy Huggerson, piętnaście lat – przedstawiam się.
Gerwazy uważnie mnie ogląda, a ja zaczynam się bać, w co mnie ubierze.
Jednorożce na rękach i motyl na policzkach aż za dużo dają do myślenia. Gerwazy
podchodzi do szafy i wyjmuje kreację.
Nie wierzę własnym oczom – sukienka jest przewspaniała. Sięga mi nieco przed kolana, uszyta jest z
kremowo pomarańczowej zwiewnej tkaniny, która porusza się i przyjemnie błyszczy
przy każdym kroku. Gerwazy układa mi rozpuszczone włosy tak, by nie wpadały mi
do oczu, poprawia makijaż i wyprowadza z sali.
Trafiamy do sali z wylotem na wielki rynek, poznaję po
wrotach. Koło mnie zauważam Mikey’a obok kobiety w sukni ślubnej i welonie. Gerwazy wyjaśnia mi, że to
jego stylistka, Bella. Może lepiej, że dostałam Gerwazego. Mikey wygląda
dokładnie tak, jak ktoś po wysłuchaniu długiej, męczącej przemowy o tym, jak
beznadziejne jest życie. Rozglądam się po pomieszczeniu. Jest okrągłe, po
brzegach stoją rydwany zaprzężone w pary koni. Na końcu rozpoznaję rydwan z
numerem ,,13”. Nasze konie są barwy mojej sukni – kremowo pomarańczowe. Rydwan
jest cały biały, z wyjątkiem czarnej liczby na bokach. Wreszcie mam okazję obejrzeć pozostałych
trybutów. Mina momentalnie mi rzednie.
Trybuci z Jedynki ubrani są w połyskujące klejnotami
kombinezony. Chłopak co prawda sprawia wrażenie zmokłego psa, ale dziewczyna
wygląda na silną i waleczną. Jej długie, czarne włosy sięgają prawie do kolan.
Trybuci z Dwójki są jakby wyjęci z mojej głowy – wyglądają jak jaskiniowcy.
Dziewczyna jest ubrana w krótką sukienkę w panterkę, a chłopak ma na sobie
tylko spodnie. Twarze trybutów z Trójki wyglądają przez ekrany komputerów, pewnie
kartonowe. Gracze z Czwartego Dystryktu są ubrani w ciuchy z wodorostów, przynajmniej
tak to wygląda, a przez ramię mają przewieszone wędki z rybą na haczyku. Piątka
połyskuje żarówkami, już sobie przypominam ich przemysł – elektryczność. Szósty
Dystrykt przyprowadził trybutów w ubraniach we wzory kół, poza tym gracze
jeżdżą na wrotkach. Z Siódemki styliści przebrali trybutów za drzewa. Z Ósemki
trybuci ubrani są w piękne suknie i garnitury – no tak, produkują tam odzież.
Dziewiątka. Przypominam sobie o produkcji mąki, nie dziwi więc fakt, że trybuci
ubrani są w czarna kombinezony posypane mąką. Dziesiątka przedstawia trybutów w
strojach kowbojów, każdy ma do pasa przypięte lasso. Gracze z Jedenastki mają
wetknięty za pas łan jęczmienia. Trybuci z Dwunastki wyglądają na przerażonych.
Ubrani są w czarne stroje i hełmy górnicze, dziewczyna płacze. Gerwazy nakazuje
mi się uśmiechać, po czym znika w tłumie. Mikey wchodzi na rydwan i podaje mi
dłoń. Korzystam z pomocy i dumnie staję po jego prawej stronie. Po chwili
czekania aż inni wyjadą, nasz rydwan wytacza się na rynek. Wciąż trzymam dłoń
Mikey’a.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz